Menu

Książki mojej siostry

Pochwała gamera, czyli "Armada" Ernesta Cline'a

milvanna

Nigdy nie rozumiałam do końca popularnego w wielu środowiskach psioczenia na telewizję, filmy czy gry komputerowe. Że nie rozwijają. Że wręcz otępiają. Że nie są niczym innym tylko marnowaniem czasu. No i, oczywiście, że to dużo gorsze sposoby na relakss niż czytanie książek. Nie mogę się z tym zgodzić, zwłaszcza, że jako mała dziewczynka byłam w rodzinie nazywana „gazetą telewizyjną”. I wiecie co? Nie skończyłam tragicznie jako osoba, która nie wie co się dzieje w świecie i nie potrafi złożyć w miarę składnej wypowiedzi.

Z pewną fascynacją obserwuję za to czasami mojego współlokatora, który chętnie relaksuje się grając w przeróżne gry. Kiedyś robił to w moim pokoju, więc, nie ruszając się z kanapy, mogłam mniej lub bardziej dyskretnie przyglądać się temu jak lata, jeździ, strzela, szuka artefaktów czy testuje kolejne rodzaje broni. I tak pewnie tego nie przeczyta, wiec mogę przyznać, że niezmiennie podziwiałam to, ile czynności jest w stanie wykonać jednocześnie. Teraz  jednak, po przeczytaniu Armady, kolejnej powieści Ernesta Cline’a, jestem również prawie pewna, że w przypadku inwazji kosmitów, B. może niekoniecznie uratuje przed zagładą cały świat, ale przynajmniej dzielnie obroni nasz kawałek Mokotowa.

armadaArmada ma również przepiękną okładkę. Taki bonus.

Cline po złożeniu w Player One hołdu latom osiemdziesiątym i tworom popkultury, które nam przyniosła, postanowił skoncentrować się na grach. Głównym bohaterem jest Zack Lightman, nastolatek u progu dorosłości, który pochłania gry komputerowe i filmy. Nic dziwnego, ma to w genach: zarówno jego matka, jak i ojciec, który był w wieku Zacka, kiedy zginął, uwielbiali grać. Chłopak najwięcej czasu spędza na grze w Armadę, walcząc jako Żelazny Wyżeł z mątwopodobnymi kosmitami rasy Sobrukai, którzy to postanowili podbić Ziemię, zabijając wcześniej wszystkich jej mieszkańców. Sam Zack przyznaje, że nie jest to odkrywczy pomysł i czerpie garściami z wcześniej już powstałych gier, jak np. Battleffront (tak, zgadza się, wiem, co to jest; tak, czasami przekręcam nazwę), czy filmowych klasyków sci-fi. Nie przeszkadza mu to na długie godziny razem z przyjaciółmi, Diehlem i Cruzem, przenosić się do wirtualnego świata.

Chłopak stwierdza pewnego dnia, że chyba przedawkował kosmiczne wojny, bo wydaje mu się, że podczas lekcji widzi przez szkolne okno Glewię – statek typowy dla Sobrukai. Początkowo zrzuca wizję na swoją wybujałą wyobraźnię i niestabilność umysłową. Zaczyna podejrzewać, że powoli traci rozum. Cóż, jaki ojciec taki syn – Zack, otaczający się rzeczami ojca, znajduje w jego notatkach teorie spiskowe, które sugerują, że twórcy gier i filmów od lat przygotowywali ludzkość na pozaziemski atak. Szybko okazuje się, że ani Lightman senior, ani junior nie są wariatami i nie do końca mijali się z prawdą. Otóż Armada i poprzedzająca ją Terra Firma, nie są tylko grami, ale materiałem szkoleniowym, który ma przygotować ludzkość do wojny w przypadku nieuchronnej napaści kosmitów na biednych, niczego nieświadomych ludzi. Ten moment właśnie nadszedł, źli kosmici lecą, żeby zniszczyć Ziemię. A tak się składa, że Żelazny Wyżeł to jeden z najlepszych pilotów w Armadzie. Czy zostanie zwerbowany? Czy uda mu się rozwiązać konflikt? Czy pogodzi się z przeszłością swojej rodziny? Będę okrutna – nie powiem.

W powieści wszystko dzieje się bardzo szybko, tak szybko, że w zasadzie nie możemy dokładnie poznać postaci. Nie ma czasu na długie dyskusje, kiedy zegary odliczają czas do kolejnej fali ataku. Bohaterów łączy jednak specyficzna więź, znają się w końcu z gry, wiedzą więc o sobie wiele (to trochę tak jak z nami i internetami – wielu z nas nigdy nie porozmawiało w rzeczywistości, ale i tak sporo moglibyśmy powiedzieć o sobie nawzajem, prawda?). Relacje Zacka z innymi może i są przez Cline’a tylko zarysowane, jednak i tak całkiem nieźle pokazują, jakim jest człowiekiem. Widać, że bardzo kocha swoją matkę; że nie godzi się na parszywe traktowanie innych; że na jego życiu silne piętno odcisnął brak ojca.  Dla niektórych czytelników może to być zapewne niewystarczające, ale ja nie zaliczam się do tej grupy.

Muszę jednak przyznać, że gdzieś z tyłu głowy cały czas miałam myśl, że oto czytam kolejną książkę autora Player One, którą miałam w rękach jakieś lata świetlne temu. Może to i dobrze, bo teraz pamiętam głównie to, że powieść mnie porwała i próbowałam zmusić do jej przeczytania prawie wszystkich znajomych (z dużą skutecznością, dodam nieskromnie). Wydaje mi się, że Armada mogłaby jednak nie udźwignąć porównania z debiutem Cline’a. Absolutnie nie dlatego, że jest słaba; dlatego, że ta pierwsza była, w mojej opinii, rewelacją. Cline chyba po raz kolejny napisał książkę, którą sam chciałby przeczytać, że zacytuję siebie. Tym razem chyli czoła przed twórcami związanymi z science fiction oraz światem nauki, który niezmiennie ich inspiruje. Myślę, że w jakimś stopniu jest to też podziękowanie za to, co ukształtowało go jako człowieka i autora.

Podsumowując, chciałabym tylko uprzedzić znajomych, że Armadę również będę mniej lub bardziej natarczywie polecać. Bo to bardzo przyjemna rozrywka. Co więcej, jest to też niezbity dowód na to, że jeżeli sami nie jesteśmy do końca wkręceni w gry, a naszym największym osiągnięciem jest skok Małyszem na mamuciej skoczni, to warto otaczać się ludźmi, którzy w razie ataku kosmitów, pomogą nam ochronić nasz dobytek i, może, życie. Przyznaję, że sama stworzyłam sobie dogodne warunki mieszkaniowe. Mogę mieć pewność, że w przypadku inwazji razem z N. będziemy sobie przekąszać przygotowane przez nią pyszne czekoladowe ciasto, a B. w tym czasie zajmie się odpieraniem ataków.

 

P.S. Ostatnio przyłapałam B. na zabijaniu ghuli. Delikatnie zasugerowałam, że może jednak polatałby samolotem i spróbował zestrzelić jakiegoś wroga. Odpowiedział, że trzeba być gotowym na każdą ewentualność, bo nigdy nie wiadomo, co kryje się pod ziemią. Słusznie. Różnorodność ćwiczeń ponad wszystko.

Miasto i jego smoczyca Querig, wokół reportażu "Białystok. Biała siła, czarna pamięć" Marcina Kąckiego

grendella

Miło jest czytać o swoim mieście rzeczy miłe. Że ładne, że zielone, że ludzie sympatyczni, gościnni i przyjaźni. Że ani za duże, ani za małe – w sam raz do życia. Że dużo ścieżek rowerowych i olbrzymi park w centrum miasta, przechodzący w las, którym da się wyjść aż na obrzeża Białegostoku. Że przepyszne jedzenie w knajpkach w cenach o niebo niższych niż w większych miastach w Polsce. Że mnóstwo studentów z wymian Erasmusa, którzy dobrze się tu czują. Że jedna z najlepszych, a już na pewno pierwsza w Polsce klinika leczenia niepłodności metodą in vitro. Że miasto studentów, bo i Uniwersytet, i Politechnika, i Uniwersytet Medyczny i jeszcze kilka prywatnych wyższych uczelni. Że studenci Politechniki zdobywają międzynarodowe nagrody za projektowane przez siebie roboty. Miło, mówię Wam, naprawdę miło.

Białystok. Biała siła, czarna pamięć Marcina Kąckiego sprawia, że przeciętny Białostoczanin czuje się jakby dostał w pysk. I nie do końca wie dlaczego. Bo Białystok po prostu nie pamięta, że przed II Wojną Światową większość jego mieszkańców stanowili Żydzi - w 1913 roku było ich ok. 70%, w 1939 funkcjonowało ok. 100 domów modlitwy i bożnic. Śladów po białostockich Żydach zostało niewiele, nie rzucają się w oczy, praktycznie wcale nie widać ich w miejskiej przestrzeni. Tak bardzo nie widać, że mimo, że urodziłam się i wychowałam się w Białymstoku, postawiona przed zadaniem oprowadzenia po mieście goszczącej na Uniwersytecie pani profesor pochodzącej z Izraela, spanikowałam. Na szczęście, znam ludzi, którzy o historii Białegostoku wiedzą więcej. I na szczęście są internety.

Czytając, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Białystok to miasto spowite mgłą, oddechem smoczycy Querig z Pogrzebanego Olbrzyma, tak bardzo można do niego odnieść te słowa Kazuo Ishiguro: „Piękna zielona dolina, która cieszy oko na wiosnę. Ale wystarczy wbić łopatę w ziemię, by pod stokrotkami i jaskrami trafić na trupy. I nie mówię, panie tylko o tych, którym wyprawiono chrześcijański pogrzeb. W naszej ziemi leżą ofiary dawnych rzezi. A my, mieszkańcy, codziennie po tej ziemi stąpamy. Z okien Wydziału Filologicznego Uniwersytetu, widać niewielki park. Drzewa, ławeczki, plac zabaw. Pod parkiem, zasypany gruzem z getta cmentarz żydowski. Na wzniesieniu, imponujący Pomnik Bohaterów Ziemi Białostockiej postawiony w latach 50-tych. Na pomniku, umieszczone w 2007 roku hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna. Inicjatywa oddolna. Władze nie wydały pozwolenia. Nie nakazały również, bezprawnie umieszczonych liter, usunąć. Napis został do dziś.

270pxLanterns_in_Biaystok_University_SquareiO tym pomniku mówię. W tym niewielkim parku.

Oddech smoczycy Querig pozwala zapomnieć o trudnej przeszłości, bo nie mam wątpliwości, że historia stosunków katolicko-prawosławno-judaistycznych nie może być czarno biała. Ale jest to oddech niebezpieczny. Z zapomnienia rodzą się kolejne potwory. Na murach pojawiają się swastyki, które prokurator uznaje za orientalny symbol szczęścia. Podpalone zostaje mieszkanie polsko-hinduskiego małżeństwa. W galerii handlowej zaatakowana zostaje czarnoskóra studentka ze Szwecji. Upiory powracają, początkowo są bagatelizowane przez władze, prokuraturę, policję. Malowanie swastyk i oblewanie farbą pomnika Zamenhofa charakteryzuje przecież niska szkodliwość czynu. Są też w Białymstoku ludzie, którzy próbują osłabić smoczycę niepamięci. Czasem im się udaje.

Reportaże Kąckiego, poruszają zbyt wiele aspektów, by o wszystkich tu wspomnieć. Duchy przeszłości. Niejednoznaczna ocena bohaterów i antybohaterów. Ksenofobia. Nietolerancja dla odmienności etnicznych i seksualnych. Powiązania między Kościołem i polityką. Nieudolność władzy. Mówienie o wielokulturowości, przy jednoczesnym ucinaniu dotacji na warsztaty tolerancji w szkołach. Lekcje religii, na których uczniowie rysują obrazki, przedstawiające Polskę atakowaną przez żydowskie i unijne czołgi. Pani profesor Uniwersytetu Medycznego, potwierdzająca "cud sokólski". Nie dziwię się, że obserwacje Kąckiego wzbudziły w Białymstoku spory sprzeciw, bo zaburzają poczucie, że żyje się tu jak u Pana Boga za piecem.. Młodzież ze środowisk skrajnie prawicowych sugeruje regularnie, że książka to nie reportaż, tylko klasyczne fantasy. Inni mówią o niszczeniu wizerunku miasta. Ja z kolei widzę w Białymstoku Kąckiego metaforę Polski -  zmagającej się z własną historią, zamiatającej pod dywan brudne sprawy, udającej, że nic takiego się nie dzieje. Nie wiem, jak Wam, ale mnie babcia zawsze mówiła „wymieć z kątów, a środek sam się posprząta” i tę genialną zasadę warto chyba zastosować do zmierzenia się z własną przeszłością. Czytajcie Białystok. Białą siłę, czarną pamięć, ale weźcie pod lupę własne miasta, nim rzucicie kamieniem. Może macie swoją własną smoczycę Querig? I nie bójcie się tu przyjechać. Pięknie jest, wokół knieje, zielone łąki, malownicze wioski i miasteczka. I coraz więcej ludzi chce pamiętać.bia_y

Marcin Kącki, "Białystok. Biała siła, czarna pamięć". Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2015.

 ---

A tymczasem opowieść pisze się dalej sama. W ubiegłą sobotę odbył się w naszym zielonym mieście, zjazd młodzieży z ONR, która to przemaszerowała przez miasto w karnym szyku, powiewając zielonymi i biało-czerwonymi flagami. W ramach zlotu, odbył się również koncert narodowo-radykalnej grupy Nordika w klubie należącym do Politechniki Białostockiej. Do studentów zagranicznych wystosowano w międzyczasie maila, by siedzieli w akademikach, a nie szlajali się po mieście, bo może być to dla nich niebezpieczne. Prawdziwi Polacy udali się również do białostockiej katedry, gdzie wysłuchali kazania w wykonaniu księdza Jacka Międlara. Było o tym, że Polskę toczy rak, a chemioterapią jest „bezkompromisowy narodowo-katolicki radykalizm”. Obecny był również kapelan podlaskiej policji. Następnie młodzież z upodobaniem fotografowała się przed katedrą.

We wtorek Rektor Politechniki zdobył się na przeprosiny i zaznaczył, że hasła i idee głoszone przez ONR są społeczności akademickiej obce. Kuria z kolei przeprosiła tych, którzy poczuli się urażeni.

W tę samą sobotę, co zlot ONR, w Białostockim Teatrze Dramatycznym miała miejsce premiera sztuki na podstawie reportaży Kąckiego. Wcześniej część radnych apelowała, by nie dopuścić do tej premiery, gdyż sztuka stawia Białystok w negatywnym świetle, co źle wpłynie na wizerunek miasta, którego głównym hasłem promocyjnym jest przecież wielokulturowość. Głosy, choć głośne, zignorowano. Sztuka się odbyła. Zebrała pozytywne recenzje. Oraz negatywne.

A Kącki pisze dalej w Dużym Formacie.

Gdy fantasy jest kobietą, czyli o trylogii "Kupcy i ich żywostatki" Robin Hobb

grendella

Wieść gminna niesie, że wydawnictwo Mag, które wydało już ponownie trylogię Skrytobójcy (o której pisałam jakiś czas temu) Robin Hobb i właśnie robi to samo z trylogią Złotoskóry tej samej autorki, nie do końca jest zainteresowane wznowieniem serii o Kupcach i ich żywostatkach. Czy może raczej, że uzależnia decyzję o ponownym wydaniu tej ostatniej trylogii od powodzenia dwóch poprzednich. Drodzy decydenci z Wydawnictwa Mag, zwracam się do Was z pytaniem: prawda to, czy nie? Niezmiernie cieszy mnie, że Skrytobójca i Złotoskóry wracają, bo to kawał dobrej fantasy jest, ale … No cóż, w moim rankingu to właśnie książki o żywostatkach są najlepsze - najlepiej skonstruowane, najoryginalniejsze pod względem fabuły, pełne najciekawszych bohaterów, a właściwie bohaterek. Czy Wy, moi drodzy, tego nie widzicie? Czy nie zauważyliście, że bez Żywostatków, część wydarzeń ze Złotoskórego ulegnie spłyceniu? Czy też może sądzicie, o co naprawdę nie chcę Was podejrzewać, bo musiałabym przestać Was lubić, że pełnokrwiste bohaterki fantasy sprzedają się słabiej od bohaterów?

WP_20160403_009Jak widzicie część pierwsza jest po angielsku. Da się wydać w jednym tomie? Da się.

No dobra, to by było na tyle,  jeśli chodzi o zapytania, zapewne czysto retoryczne, bo na odpowiedzi w sumie nie liczę. Przejdźmy więc do konkretów. Na trylogię Kupcy i ich żywostatki składają się Czarodziejski statek, Szalony statek i Statek przeznaczenia, przy czym każda z książek została, zgodnie z niezrozumiałą dla mnie modą, rozbita na dwie części. Rzecz dzieje się w tym samym uniwersum, co trylogia Skrytobójcy, tyle że na południu, w Bingtown – Mieście Wolnego Handlu, wyrosłym na niegościnnych Przeklętych Brzegach dzięki uporowi, przedsiębiorczości, sile ducha i zdolnościom asymilacyjnym pierwszych osadników, których potomkowie dorobili się niezłych fortun i wiodą wygodne, a nawet wystawne, życie. Fortuny rodów Pierwszych Kupców w dużej mierze zależą od żywostatków, magicznych i niezmiernie kosztownych żaglowców zbudowanych z czarodrzewu, dostępnego jedynie w Deszczowych Ostępach. Czym różnią się żywostatki od innych jednostek pływających? Ano, budulcem właśnie. To on sprawia, że żaglowce te po pewnym czasie ożywają, zyskują świadomość, przejmują wspomnienia i doświadczenia kapitanów, którzy odeszli na ich pokładach. Potrafią ostrzegać przed niebezpieczeństwem i pomagać załodze w żeglowaniu, są jednak głęboko związane z rodziną, do której należą i potrzebują, by jeden z jej przedstawicieli zawsze znajdował się na pokładzie.

Vivacia, należąca do rodziny Vestritów, budzi się do życia, gdy patriarcha rodu i kapitan w jednej osobie umiera na jej pokładzie. Althea, jego córka i typowa chłopczyca, wychowująca się praktycznie na pokładzie statku, wydaje się być jego naturalną następczynią, ale statek zostaje oddany w ręce jej szwagra, bo przecież kobiecie nie wypada. Vestritów na pokładzie będzie z kolei reprezentował jej młodszy kuzyn, Prawy, który miał zostać kapłanem i wcale, a wcale nie cieszy się z losu, do którego zmusza go ojciec. Czy może wyniknąć z tego coś dobrego dla kogokolwiek? Althea na pewno się nie podda i będzie ze wszystkich sił dążyć do odzyskania statku, Prawego też czeka sporo traumatycznych przygód, bo Robin Hobb nie waha się stawiać swoich bohaterów wobec trudnych wyborów i często każe im cierpieć. Los Vivacii, zmuszonej do przewożenia niewolników i będącej świadkiem niejednej tragedii, również uczyni ją statkiem innym, niż początkowo się zapowiadało. Jesteśmy wypadkową naszych doświadczeń, zdaje się mówić autorka.

Kupcy i ich żywostatki to trylogia, w której palmę pierwszeństwa otrzymały kobiety. Nie tylko Althea, która od samego początku decyduje się wziąć swój los we własne ręce, walczyć i udowodnić całemu światu, że wbrew konwenansom i uprzedzeniom zasługuje na Vivacię. Na uwagę zasługują również, Ronica – matka rodu Vestritów, niezłomna, odważna i przedsiębiorcza kobieta walcząca o dobro rodziny, Keffria – uległa, pokorna i myszowata siostra Althei, a jednocześnie żona Kyle, który staje się właścicielem żywostatku, by ocalić rodzinę od finansowej katastrofy, i Słodka – córka Kefrii, nieznośna, irytująca, skoncentrowana wyłącznie na sobie i podbojach sercowych nastolatka. Brzmi sztampowo? Być może, przeczytajcie jednak tę trylogię, by przekonać się, jak niejednoznacznie kreuje te postaci Robin Hobb. Althea, wbrew oczekiwaniom, nie staje się wybawicielką rodziny, odnajduje za to osobiste szczęście, kiedy już nauczy się, że nie musi zaprzeczać kobiecości, by być silną i niezależną, Ronica popełnia błędy, za które trzeba będzie słono zapłacić,  Keffria musi nauczyć się samodzielnie działać i okazuje się dobra w swojej nowej roli, a trzpiotowata Słodka dorasta i staje się zmysłową, świadomą siebie kobietą kluczową dla opowieści. Bohaterek drugoplanowych jest jeszcze więcej. Ba, w Kupcach i ich żywostatkach, nawet smok jest smoczycą – próżną, zdeterminowaną odbudować swój gatunek za wszelką cenę istotą. Czy to możliwe skoro jest jego  jedyną, żyjącą przedstawicielką?

Rozpisuję się tu o kobietach, bo pełnią tu rolę pierwszoplanowe i nie są kwiatkami, wpiętymi do butonierek walecznych rycerzy*.  Ale u Robin Hobb, nie ma postaci jednoznacznych i panowie również są tu wielowymiarowi. Postaci na pierwszy rzut oka pozytywne nie są wolni od wad i ułomności, a czarne charaktery potrafią wydać się sympatyczne i wzruszać. Mogłabym tak długo, ale ponieważ wpis mi się rozrasta, sami musicie to sprawdzić, bo zaprawdę powiadam Wam warto.

Co mnie w powieściach Robin Hobb urzeka to fakt, że pomimo wykorzystywania dobrze znanych w fantasy wątków, udaje jej się wymknąć schematyczności. Doskonale widać to na przykładzie wieloaspektowej charakteryzacji bohaterów, którzy nie są pionkami, lecz aktywnymi graczami. W Kupcach i ich żywostatkach nie występuje praktycznie motyw nieuchronnego przeznaczenia. Bohaterowie i bohaterki nie są tu zabawkami w rękach bogów, choć ich wybory i podejmowane działania mają niebagatelny wpływ na przyszłość świata. Ukształtowani przez doświadczenia z przeszłości, często traumatyczne (na przykład, gwałt czy wykorzystywanie seksualne), muszą się z nimi uporać, by dojrzeć. Zmiana, metamorfoza, transformacja – to przewodni motyw tych powieści, zauważalny i na poziomie poszczególnych bohaterów i narracji jako takiej. Co istotne, transformacja ta jest możliwa dopiero po zaakceptowaniu przeszłości, nawet tej traumatycznej. Wypieranie negatywnych doświadczeń nie prowadzi do niczego dobrego. Zapomnienie nie przynosi ulgi.

W moich oczach dużą zaletą tej trylogii jest również odejście od pierwszoosobowej narracji, charakterystycznej dla Skrytobójcy, i prezentowanie wydarzeń z wielu punktów widzenia. W efekcie, fabuła wydaje się bardziej dynamiczna i wielowymiarowa, możemy śledzić wydarzenia dziejące się w różnych miejscach, wątki płynnie się przeplatają i wzajemnie uzupełniają. Zabieg ten pozwala również autorce przekazać mnóstwo szczegółów dotyczących historii, społeczeństwa i magii kreowanego przez nią świata, nie nużąc i unikając jednostajności. Wyobraźcie więc sobie Miasto Wolnego Handlu, które dojrzewa do zmiany i stoi w obliczu rebelii wobec dotychczasowego porządku rzeczy, Deszczowe Ostępy, zamieszkiwane przez potomków Pierwszych Kupców, płacących za swe bogactwo zbudowane na czarodrzewie i magicznych przedmiotach deformacjami ciała i bezpłodnością, żywostatki żeglujące po morzach, zamieszkanych przez olbrzymie, trujące i śmiercionośne węże, piratów, którzy wyzwalają z oków niewolników.

Gwarantuję, że ta opowieść wciąga od początku i trzyma w napięciu do samego końca, który przychodzi trochę za szybko. Tak właśnie bywa z książkami, od których nie sposób się oderwać. Sprawdźcie koniecznie.

---

* Nie ukrywam, że robię to celowo. I pozwolę sobie zacytować Robin Hobb, żeby było jasne dlaczego. Otóż, "sposób mówienia staje się sposobem myślenia" (Statek przeznaczenia, cz. 1, str. 318). Życzę sobie więcej takiego sposobu mówienia o kobietach w literaturze popularnej, życzę sobie mniej paprotek i kwiatków w butonierkach.

 

"Ross Poldark" Winstona Grahama, czyli kornwalijska saga rodzinna

grendella

Jakiś czas temu Malita zastanawiała się, jak czytałoby się Rosa Poldarka Winstona Grahama bez znajomości serialu BBC, na którego punkcie oszalał świat. Spieszę więc z odpowiedzią, bo choć był moment, że Aidan Turner i jego kosa pojawiali się dosłownie wszędzie, to gorączka związana z serialem mnie ominęła. Nie było to bynajmniej jakieś programowe odrzucenie produkcji, ot, po prostu nie zgrałam się z serialem w czasoprzestrzeni i jestem przekonana, że przyjdzie mi się z nim jeszcze kiedyś zapoznać.

rosspoldarkbiext31695726Mimo, że nie oglądałam serialu, Ross Poldark wygląda w moich oczach właśnie tak. I nawet szramę ma ładną.

Z okładki polskiego wydania spogląda na nas chmurnym wzrokiem Aidan Turner i jest to spojrzenie, któremu trudno się oprzeć i wyobrazić sobie tytułowego bohatera powieści inaczej. Ross to mężczyzna z przeszłością, który jako angielski kapitan wraca z wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych do rodzimej Kornwalii, by przekonać się, że jego ojciec zmarł, rodzima posiadłość jest w ruinie, a ukochana właśnie zaręczyła się z jego bliskim kuzynem. Lekko nie jest. Spodziewałam się, że główny bohater będzie walczył o ukochaną, ale nie, usuwa się w cień, koncentrując energię na stopniowym odbudowywaniu majątku. Na miłosne rozterki najlepsza praca. Zubożały dziedzic kosi, zasiewa, naprawia płoty, planuje na nowo otworzyć dawno zamkniętą kopalnię, a w międzyczasie tańczy menueta, ogląda walki kogutów i sporo pije. Daleko mu do rozpieszczonego, odzianego w wytworne stroje, paniątka z wyższych sfer. Nie jest szczególnie sympatyczny, bywa porywczy i uparty, ale jest też zdeterminowany, by przy okazji odbudowy swojej pozycji poprawić los innych, odporny na plotki i niespecjalnie wrażliwy na puste społeczne konwenanse.

XVIII-wieczna prowincjonalna Kornwalia nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą. Życie jest tu surowe, uzależnione od cen wydobywanej w kopalniach cyny. Granica między ubogim szlachcicem a pracującymi na niego górnikami i dzierżawcami ziemi jest wprawdzie widoczna, ale niestabilna. O bankructwo i degradację społeczną nietrudno. Kornwalijscy panowie jadają wprawdzie wykwintne potrawy z pięknej porcelany, ale pasjonują ich też plebejskie rozrywki, jak walka kogutów. Z kolei biedota, której los jest naprawdę trudny, pod wpływem równościowych idei z Ameryki i Francji, zaczyna zastanawiać się, czy na pewno musi tak być. Rossowi czasem bliżej do swoich podwładnych, nie waha się wstawić w sądzie za jednym z nich, przygarnia 13-letnią obdartą Demelzę, która pod jego dachem wyrasta na pełną życia i energii młodą kobietę i w końcu, dość przewidywalnie, staje jego żoną, ale nie czyni tego z jakichś głębszych pobudek ideologicznych. Jest przyzwoity, pragmatyczny i nawet jego związek z Demelzą nie jest przedstawiony jako szczególnie romantyczny. Ross poślubia ją, bo ma gdzieś opinie innych i bo tak należy zrobić, ale nie jest szaleńczo zakochany. Uczucie między twym dwojgiem rodzi się później, ale czy przetrwa?

Nie ukrywam, że właśnie Demelza, przeciwieństwo bladolicej, uduchowionej Elizabeth, pierwszej miłości Rossa, zainteresowała mnie najbardziej. Dziewczyna wyciągnięta z wiejskiej chaty, pełna życia i umorusana ziemią, która awansuje społecznie dzięki małżeństwu. Nie sposób odmówić jej witalności i żywej inteligencji, ma być lekarstwem Rossa na uczucie beznadziejnie ulokowane w Elizabeth i na razie wydają się być szczęśliwi. Wychodzi zwycięsko z pierwszej konfrontacji z wyżej urodzonymi od siebie, zjednuje ich urodą i otwartością, ale czy może być tak łatwo? Zobaczymy, następna część 12-tomowej sagi Winstona Grahama, zatytułowany jest właśnie jej imieniem.

Sądząc po Rossie Poldarku, dalsze powieści dadzą nam to, czego możemy się spodziewać po sadze rodzinnej – zmiennych perypetii rodu Poldarków, ich wzlotów i upadków, finansowych tarapatów i sukcesów, miłosnych przygód na tle przemian historycznych i społecznych. Winston Graham nie zaskoczył mnie może specjalnie rozwiązaniami fabularnymi, ale przemawia do mnie jego realistyczne pióro doprawione szczyptą komizmu, szlachta w przybrudzonych koronkach i brodzący w błocie górnicy. Przede wszystkim jednak przemawia do mnie jego wizja Kornwalii, targanej wiatrem, tonącej w mgle i deszczu, skalistej i nieprzystępnej, jakże różnej od soczyście zielonej Anglii z powieści Jane Austen. Takie otoczenie aż prosi się o słodko-gorzką opowieść, w której smutek i melancholia przeplatają się z drobnymi uśmiechami losu. I na pewno dam tej opowieści szansę.

Winston Graham, Ross Poldark, przełożył Tomasz Wyżyński, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2016, 463 str.

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci