Menu

Książki mojej siostry

Gdy fantasy jest kobietą, czyli o trylogii "Kupcy i ich żywostatki" Robin Hobb

grendella

Wieść gminna niesie, że wydawnictwo Mag, które wydało już ponownie trylogię Skrytobójcy (o której pisałam jakiś czas temu) Robin Hobb i właśnie robi to samo z trylogią Złotoskóry tej samej autorki, nie do końca jest zainteresowane wznowieniem serii o Kupcach i ich żywostatkach. Czy może raczej, że uzależnia decyzję o ponownym wydaniu tej ostatniej trylogii od powodzenia dwóch poprzednich. Drodzy decydenci z Wydawnictwa Mag, zwracam się do Was z pytaniem: prawda to, czy nie? Niezmiernie cieszy mnie, że Skrytobójca i Złotoskóry wracają, bo to kawał dobrej fantasy jest, ale … No cóż, w moim rankingu to właśnie książki o żywostatkach są najlepsze - najlepiej skonstruowane, najoryginalniejsze pod względem fabuły, pełne najciekawszych bohaterów, a właściwie bohaterek. Czy Wy, moi drodzy, tego nie widzicie? Czy nie zauważyliście, że bez Żywostatków, część wydarzeń ze Złotoskórego ulegnie spłyceniu? Czy też może sądzicie, o co naprawdę nie chcę Was podejrzewać, bo musiałabym przestać Was lubić, że pełnokrwiste bohaterki fantasy sprzedają się słabiej od bohaterów?

WP_20160403_009Jak widzicie część pierwsza jest po angielsku. Da się wydać w jednym tomie? Da się.

No dobra, to by było na tyle,  jeśli chodzi o zapytania, zapewne czysto retoryczne, bo na odpowiedzi w sumie nie liczę. Przejdźmy więc do konkretów. Na trylogię Kupcy i ich żywostatki składają się Czarodziejski statek, Szalony statek i Statek przeznaczenia, przy czym każda z książek została, zgodnie z niezrozumiałą dla mnie modą, rozbita na dwie części. Rzecz dzieje się w tym samym uniwersum, co trylogia Skrytobójcy, tyle że na południu, w Bingtown – Mieście Wolnego Handlu, wyrosłym na niegościnnych Przeklętych Brzegach dzięki uporowi, przedsiębiorczości, sile ducha i zdolnościom asymilacyjnym pierwszych osadników, których potomkowie dorobili się niezłych fortun i wiodą wygodne, a nawet wystawne, życie. Fortuny rodów Pierwszych Kupców w dużej mierze zależą od żywostatków, magicznych i niezmiernie kosztownych żaglowców zbudowanych z czarodrzewu, dostępnego jedynie w Deszczowych Ostępach. Czym różnią się żywostatki od innych jednostek pływających? Ano, budulcem właśnie. To on sprawia, że żaglowce te po pewnym czasie ożywają, zyskują świadomość, przejmują wspomnienia i doświadczenia kapitanów, którzy odeszli na ich pokładach. Potrafią ostrzegać przed niebezpieczeństwem i pomagać załodze w żeglowaniu, są jednak głęboko związane z rodziną, do której należą i potrzebują, by jeden z jej przedstawicieli zawsze znajdował się na pokładzie.

Vivacia, należąca do rodziny Vestritów, budzi się do życia, gdy patriarcha rodu i kapitan w jednej osobie umiera na jej pokładzie. Althea, jego córka i typowa chłopczyca, wychowująca się praktycznie na pokładzie statku, wydaje się być jego naturalną następczynią, ale statek zostaje oddany w ręce jej szwagra, bo przecież kobiecie nie wypada. Vestritów na pokładzie będzie z kolei reprezentował jej młodszy kuzyn, Prawy, który miał zostać kapłanem i wcale, a wcale nie cieszy się z losu, do którego zmusza go ojciec. Czy może wyniknąć z tego coś dobrego dla kogokolwiek? Althea na pewno się nie podda i będzie ze wszystkich sił dążyć do odzyskania statku, Prawego też czeka sporo traumatycznych przygód, bo Robin Hobb nie waha się stawiać swoich bohaterów wobec trudnych wyborów i często każe im cierpieć. Los Vivacii, zmuszonej do przewożenia niewolników i będącej świadkiem niejednej tragedii, również uczyni ją statkiem innym, niż początkowo się zapowiadało. Jesteśmy wypadkową naszych doświadczeń, zdaje się mówić autorka.

Kupcy i ich żywostatki to trylogia, w której palmę pierwszeństwa otrzymały kobiety. Nie tylko Althea, która od samego początku decyduje się wziąć swój los we własne ręce, walczyć i udowodnić całemu światu, że wbrew konwenansom i uprzedzeniom zasługuje na Vivacię. Na uwagę zasługują również, Ronica – matka rodu Vestritów, niezłomna, odważna i przedsiębiorcza kobieta walcząca o dobro rodziny, Keffria – uległa, pokorna i myszowata siostra Althei, a jednocześnie żona Kyle, który staje się właścicielem żywostatku, by ocalić rodzinę od finansowej katastrofy, i Słodka – córka Kefrii, nieznośna, irytująca, skoncentrowana wyłącznie na sobie i podbojach sercowych nastolatka. Brzmi sztampowo? Być może, przeczytajcie jednak tę trylogię, by przekonać się, jak niejednoznacznie kreuje te postaci Robin Hobb. Althea, wbrew oczekiwaniom, nie staje się wybawicielką rodziny, odnajduje za to osobiste szczęście, kiedy już nauczy się, że nie musi zaprzeczać kobiecości, by być silną i niezależną, Ronica popełnia błędy, za które trzeba będzie słono zapłacić,  Keffria musi nauczyć się samodzielnie działać i okazuje się dobra w swojej nowej roli, a trzpiotowata Słodka dorasta i staje się zmysłową, świadomą siebie kobietą kluczową dla opowieści. Bohaterek drugoplanowych jest jeszcze więcej. Ba, w Kupcach i ich żywostatkach, nawet smok jest smoczycą – próżną, zdeterminowaną odbudować swój gatunek za wszelką cenę istotą. Czy to możliwe skoro jest jego  jedyną, żyjącą przedstawicielką?

Rozpisuję się tu o kobietach, bo pełnią tu rolę pierwszoplanowe i nie są kwiatkami, wpiętymi do butonierek walecznych rycerzy*.  Ale u Robin Hobb, nie ma postaci jednoznacznych i panowie również są tu wielowymiarowi. Postaci na pierwszy rzut oka pozytywne nie są wolni od wad i ułomności, a czarne charaktery potrafią wydać się sympatyczne i wzruszać. Mogłabym tak długo, ale ponieważ wpis mi się rozrasta, sami musicie to sprawdzić, bo zaprawdę powiadam Wam warto.

Co mnie w powieściach Robin Hobb urzeka to fakt, że pomimo wykorzystywania dobrze znanych w fantasy wątków, udaje jej się wymknąć schematyczności. Doskonale widać to na przykładzie wieloaspektowej charakteryzacji bohaterów, którzy nie są pionkami, lecz aktywnymi graczami. W Kupcach i ich żywostatkach nie występuje praktycznie motyw nieuchronnego przeznaczenia. Bohaterowie i bohaterki nie są tu zabawkami w rękach bogów, choć ich wybory i podejmowane działania mają niebagatelny wpływ na przyszłość świata. Ukształtowani przez doświadczenia z przeszłości, często traumatyczne (na przykład, gwałt czy wykorzystywanie seksualne), muszą się z nimi uporać, by dojrzeć. Zmiana, metamorfoza, transformacja – to przewodni motyw tych powieści, zauważalny i na poziomie poszczególnych bohaterów i narracji jako takiej. Co istotne, transformacja ta jest możliwa dopiero po zaakceptowaniu przeszłości, nawet tej traumatycznej. Wypieranie negatywnych doświadczeń nie prowadzi do niczego dobrego. Zapomnienie nie przynosi ulgi.

W moich oczach dużą zaletą tej trylogii jest również odejście od pierwszoosobowej narracji, charakterystycznej dla Skrytobójcy, i prezentowanie wydarzeń z wielu punktów widzenia. W efekcie, fabuła wydaje się bardziej dynamiczna i wielowymiarowa, możemy śledzić wydarzenia dziejące się w różnych miejscach, wątki płynnie się przeplatają i wzajemnie uzupełniają. Zabieg ten pozwala również autorce przekazać mnóstwo szczegółów dotyczących historii, społeczeństwa i magii kreowanego przez nią świata, nie nużąc i unikając jednostajności. Wyobraźcie więc sobie Miasto Wolnego Handlu, które dojrzewa do zmiany i stoi w obliczu rebelii wobec dotychczasowego porządku rzeczy, Deszczowe Ostępy, zamieszkiwane przez potomków Pierwszych Kupców, płacących za swe bogactwo zbudowane na czarodrzewie i magicznych przedmiotach deformacjami ciała i bezpłodnością, żywostatki żeglujące po morzach, zamieszkanych przez olbrzymie, trujące i śmiercionośne węże, piratów, którzy wyzwalają z oków niewolników.

Gwarantuję, że ta opowieść wciąga od początku i trzyma w napięciu do samego końca, który przychodzi trochę za szybko. Tak właśnie bywa z książkami, od których nie sposób się oderwać. Sprawdźcie koniecznie.

---

* Nie ukrywam, że robię to celowo. I pozwolę sobie zacytować Robin Hobb, żeby było jasne dlaczego. Otóż, "sposób mówienia staje się sposobem myślenia" (Statek przeznaczenia, cz. 1, str. 318). Życzę sobie więcej takiego sposobu mówienia o kobietach w literaturze popularnej, życzę sobie mniej paprotek i kwiatków w butonierkach.

 

"Ross Poldark" Winstona Grahama, czyli kornwalijska saga rodzinna

grendella

Jakiś czas temu Malita zastanawiała się, jak czytałoby się Rosa Poldarka Winstona Grahama bez znajomości serialu BBC, na którego punkcie oszalał świat. Spieszę więc z odpowiedzią, bo choć był moment, że Aidan Turner i jego kosa pojawiali się dosłownie wszędzie, to gorączka związana z serialem mnie ominęła. Nie było to bynajmniej jakieś programowe odrzucenie produkcji, ot, po prostu nie zgrałam się z serialem w czasoprzestrzeni i jestem przekonana, że przyjdzie mi się z nim jeszcze kiedyś zapoznać.

rosspoldarkbiext31695726Mimo, że nie oglądałam serialu, Ross Poldark wygląda w moich oczach właśnie tak. I nawet szramę ma ładną.

Z okładki polskiego wydania spogląda na nas chmurnym wzrokiem Aidan Turner i jest to spojrzenie, któremu trudno się oprzeć i wyobrazić sobie tytułowego bohatera powieści inaczej. Ross to mężczyzna z przeszłością, który jako angielski kapitan wraca z wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych do rodzimej Kornwalii, by przekonać się, że jego ojciec zmarł, rodzima posiadłość jest w ruinie, a ukochana właśnie zaręczyła się z jego bliskim kuzynem. Lekko nie jest. Spodziewałam się, że główny bohater będzie walczył o ukochaną, ale nie, usuwa się w cień, koncentrując energię na stopniowym odbudowywaniu majątku. Na miłosne rozterki najlepsza praca. Zubożały dziedzic kosi, zasiewa, naprawia płoty, planuje na nowo otworzyć dawno zamkniętą kopalnię, a w międzyczasie tańczy menueta, ogląda walki kogutów i sporo pije. Daleko mu do rozpieszczonego, odzianego w wytworne stroje, paniątka z wyższych sfer. Nie jest szczególnie sympatyczny, bywa porywczy i uparty, ale jest też zdeterminowany, by przy okazji odbudowy swojej pozycji poprawić los innych, odporny na plotki i niespecjalnie wrażliwy na puste społeczne konwenanse.

XVIII-wieczna prowincjonalna Kornwalia nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą. Życie jest tu surowe, uzależnione od cen wydobywanej w kopalniach cyny. Granica między ubogim szlachcicem a pracującymi na niego górnikami i dzierżawcami ziemi jest wprawdzie widoczna, ale niestabilna. O bankructwo i degradację społeczną nietrudno. Kornwalijscy panowie jadają wprawdzie wykwintne potrawy z pięknej porcelany, ale pasjonują ich też plebejskie rozrywki, jak walka kogutów. Z kolei biedota, której los jest naprawdę trudny, pod wpływem równościowych idei z Ameryki i Francji, zaczyna zastanawiać się, czy na pewno musi tak być. Rossowi czasem bliżej do swoich podwładnych, nie waha się wstawić w sądzie za jednym z nich, przygarnia 13-letnią obdartą Demelzę, która pod jego dachem wyrasta na pełną życia i energii młodą kobietę i w końcu, dość przewidywalnie, staje jego żoną, ale nie czyni tego z jakichś głębszych pobudek ideologicznych. Jest przyzwoity, pragmatyczny i nawet jego związek z Demelzą nie jest przedstawiony jako szczególnie romantyczny. Ross poślubia ją, bo ma gdzieś opinie innych i bo tak należy zrobić, ale nie jest szaleńczo zakochany. Uczucie między twym dwojgiem rodzi się później, ale czy przetrwa?

Nie ukrywam, że właśnie Demelza, przeciwieństwo bladolicej, uduchowionej Elizabeth, pierwszej miłości Rossa, zainteresowała mnie najbardziej. Dziewczyna wyciągnięta z wiejskiej chaty, pełna życia i umorusana ziemią, która awansuje społecznie dzięki małżeństwu. Nie sposób odmówić jej witalności i żywej inteligencji, ma być lekarstwem Rossa na uczucie beznadziejnie ulokowane w Elizabeth i na razie wydają się być szczęśliwi. Wychodzi zwycięsko z pierwszej konfrontacji z wyżej urodzonymi od siebie, zjednuje ich urodą i otwartością, ale czy może być tak łatwo? Zobaczymy, następna część 12-tomowej sagi Winstona Grahama, zatytułowany jest właśnie jej imieniem.

Sądząc po Rossie Poldarku, dalsze powieści dadzą nam to, czego możemy się spodziewać po sadze rodzinnej – zmiennych perypetii rodu Poldarków, ich wzlotów i upadków, finansowych tarapatów i sukcesów, miłosnych przygód na tle przemian historycznych i społecznych. Winston Graham nie zaskoczył mnie może specjalnie rozwiązaniami fabularnymi, ale przemawia do mnie jego realistyczne pióro doprawione szczyptą komizmu, szlachta w przybrudzonych koronkach i brodzący w błocie górnicy. Przede wszystkim jednak przemawia do mnie jego wizja Kornwalii, targanej wiatrem, tonącej w mgle i deszczu, skalistej i nieprzystępnej, jakże różnej od soczyście zielonej Anglii z powieści Jane Austen. Takie otoczenie aż prosi się o słodko-gorzką opowieść, w której smutek i melancholia przeplatają się z drobnymi uśmiechami losu. I na pewno dam tej opowieści szansę.

Winston Graham, Ross Poldark, przełożył Tomasz Wyżyński, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2016, 463 str.

Bose feministki, święty szkielet i antropolog, czyli o "Podmiejskim do Indian"

milvanna

Niemal dokładnie siedem lat temu siedziałam w poczekalni gabinetu lekarskiego, czekając na swoją kolejkę. W tamtych czasach w torbie miałam ze sobą na ogół książkę i aktualny numer POLITYKI. Tak trafiłam na artykuł, za pomocą którego Piotr Grzegorz Michalik przeniósł mnie do mniej turystycznych części stolicy Meksyku, nad którymi swoja opiekę roztoczyła la Santa Muerte, święty szkielet czuwający nad meksykańskimi katolikami do spółki z Matką Boską z Guadalupe. Traf chciał, że w tym czasie, po pierwsze, panikowałam, bo nie miałam pojęcia, o czym chcę pisać pracę magisterską (miałam wrażenie, że „Chyba raczej o czymś latynoamerykańskim” mogło nie być wystarczająco sprecyzowanym tematem), i, po drugie, chodziłam na wykład monograficzny z ruchów religijnych w Ameryce Łacińskiej. Po przeczytaniu, w ciągu sekundy, wszystko wskoczyło na miejsce: pracę postanowiłam napisać u profesor prowadzącej ten monograf a tematem, choćby się waliło i paliło , będzie Santa Muerte.

Tak zaczęła się moja przygoda z Santa Muerte, w której, na samym początku, pomógł mi zresztą autor artykułu. Posucha była ze źródłami, oj posucha, powiem Wam, a pan Michalik, wtedy jeszcze doktorant, chętnie podzielił się ze mną kilkoma materiałami źródłowymi, do których miał dostęp. Minęło parę lat, zdążyłam zapomnieć o łzach i cierpieniu jakie momentami wywoływała we mnie magisterka i wszelkie przygody z nią związane a teraz, w zasadzie, głównie cieszę się, że szłam w zaparte, nie rzuciłam pracy w kąt i zrobiłam coś ciekawego. Dlatego, kiedy zobaczyłam, że na rynku pojawiły się reportaże z Meksyku, Podmiejskim do Indian, których autorem jest właśnie Piotr Grzegorz Michalik, postanowiłam sprawdzić, czy tym razem też znalazłabym w nich jakąś inspirację.

podmiejskim

Uśmiechałam się już przy pierwszym rozdziale, w którym to można zapoznać się z tak biskim mi fenomenem kultu Santa Muerte. Najciekawsze, oprócz oczywiście szukania źródeł początku kultu, przedstawienia jego sytuacji, tego, jak się rozwija, jest pokazanie ludzi, którzy oddają cześć „świętej”. Niewątpliwie, są wśród nich przestępcy, co tak chętnie podkreśla władza świecka i kościelna. Umówmy się jednak, że cześć oddają jej w olbrzymiej liczbie zwykli obywatele Meksyku. Jak sprzątaczka, która chciała pożyczyć od badacza ostatni numer dedykowanego jej czasopisma. Bo trzeba tez pamiętać, że z tą „wyklętą świętą” wiąże się biznes. W Meksyku wydaje się magazyny z dodatkami, których można użyć później na specjalnie przygotowanym ołtarzu, instruktażowe płyty DVD, medaliony, świece, specjalne płyny czy proszki. Sama jestem posiadaczką zapałek z jej podobizna na pudełeczku. Santa Muerte jest wszędzie. Potrzeba wsparcia w świecie opanowanym przez niespodziewaną śmierć jest raczej silniejsza, niż krytyka ze strony Kościoła, próba nazywania zjawiska „narkosatanizmem”, łączenia go z kartelami czy niszczenie sanktuariów przez wojsko. Santa Muerte nie jest pierwszą koścista świętą. I raczej nigdzie się nie wybiera.

Gdybym mogła wybrać inny temat pracy magisterskiej, inspiracja byłby dla mnie pewnie rozdział „Jak grzyby po deszczu…”. Michalik przygląda się w nim naturalnym środkom halucynogennym, które w Ameryce Środkowej są różnorodne jak podobno nigdzie indziej. Indianie nigdy nie wykorzystywali roślin w celach rekreacyjnych. Ich spożycie podlegało ścisłym rytuałom, miało służyć połączenia się z bóstwem i było prawdziwie religijnym doświadczeniem. Teraz to się zmienia, co łączy się głęboko z rewolucja kulturową lat 60-tych XX wieku, ruchem dzieci kwiatów, a w końcu, rozwojem „turystyki psychodelicznej”. Mam wrażenie, że często, kiedy mówi się o wzniosłym otwieraniu swojej świadomości na metafizyczne doznania (co w Meksyku robią często amerykańscy turyści na weekendowych kursach), zapomina się, że może się to odbywać kosztem ludności lokalnej. Masowe „pielgrzymki” i wycieczki, doprowadzały nieraz do osobistych nieszczęść. Jak w przypadku Marii Sabiny, mazateckiej uzdrowicielki, którą jej społeczność oskarżała o zdradzanie tradycyjnych sekretów uzdrawiania. Pewnie nie do końca pocieszyłby ją fakt, że amerykańskie nastolatki noszą koszulki z jej podobizną.

Z kolei w części „Feministki bez butów” autor skupia się na sytuacji rdzennych mieszkanek Meksyku. To niezwykle ciekawy obraz. Z jednej strony, kobiety często nie mogą, na przykład decydować o wyborze przyszłego męża, częściej są słabiej wykształcone, rzadziej władają hiszpańskim. Z drugiej strony, to one maja większą szansę na „poradzenie sobie” po stracie małżonka (wdowcem opiekuje się na ogół jakakolwiek kuzynka), organizują się, wspólnie walczą o swoje. Razem spotykają się wykształcone Metyski i staruszki z wyżyn, które potrafią komunikować się tylko w swoim dialekcie. Ale wspólnie walczą o swoje prawa, bo dla meksykańskich kobiet nic chyba nie może stanąć na przeszkodzie. Indianki, nie dość, że walczą o prawa do decydowania o sobie, walczą jednocześnie o poszanowanie ich tradycji, powstrzymanie władz przed bezmyślnym jej niszczeniem. Kobiety, chcą po prostu tego, co im się zwyczajnie należy, a Piotr Michalik w swoich reportażach pokazuje też jak do tego doszło.

O Podmiejskim do Indian można by pisać i pisać. Michalik porusza w książce wiele równie ciekawych treści, jak, na przykład, narkobiznes, kult muxe (osób o genetycznej płci męskiej a psychicznej płci żeńskiej), tradycyjnie traktowanych przez Zapoteków jako osoby trzeciej płci, czy Indian i wpływu jaki na ich kultury mają antropologowie i ich badania. Śledzę najmniejsze wzmianki o Meksyku w każdej gazecie, która wpadnie mi w ręce. Chyba trochę w niego wsiąkłam. Czasami zastanawiam się, dlaczego nie wiemy prawie nic o masowym morderstwie dokonanym na meksykańskich studentach dwa lata temu? Dlaczego cały czas mówimy o kartelach narkotykowych jako problemie złych Meksykanów, skoro, jak pisze Michalik, gangi maja się dobrze głównie dzięki handlowi marihuaną, która trafia docelowo do Amerykanów? Marihuaną, nie narkotykami ciężkimi. Dlaczego nie przejmujemy się tym, jaki wpływ ma to na tradycyjne rolnictwo Indian? Dlatego ta książka mnie nie rozczarowała. A ludzi, którzy nie wiedzą o Meksyku wiele, albo nic, na pewno może przekonać do dalszych poszukiwań o tym kraju i jego niezwykle zróżnicowanej ludności o bogatej kulturze.

 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

"Sufrażystki" Lucy Ribchester, czyli na tropie

grendella

Każda lektura jest grą, do której autor zaprasza czytelnika i chyba każdy pisarz życzyłby sobie, żeby odbiorca po prostu poddał się przyjemności, jaka z niej płynie. Grając w kryminał, spodziewamy się zagadki detektywistycznej lub kryminalnej, której rozwiązanie, mimo podawanych nam tropów, będzie nieoczywiste, choć możliwe. Grając w kryminał historyczny czy też retro, oczekujemy czegoś jeszcze – wycieczki po świecie, którego już nie ma, a w który chcemy uwierzyć. Wyprawę taką proponuje Lucy Ribchester w swoich „Sufrażystkach”, debiutanckiej powieści przenoszącej nas do Londynu z początku XX wieku, gdzie przemierzamy ulice i zaułki, tropiąc przestępcę wraz z Francescą (Frankie) George, początkującą reporterką, która chce zabłysnąć w zdominowanym przez mężczyzn świecie prasy.
indeks3
Jest rok 1912, a bohaterkę poznajemy w momencie, gdy zaczyna mieć dość tego, że nie może rozwinąć skrzydeł. To osoba ambitna, pracowita, samodzielna. I choć czasem burczy jej z głodu w brzuchu, gotowa jest poświęcić bezpieczną przyszłość u boku narzeczonego, by podążać za swoim marzeniem o prawdziwym dziennikarstwie. Krótkowłosa Frankie nosi się jak chłopak, pije tani gin, zaciągając się papierosem, i nawet zdrobnienie jej imienia równie dobrze może należeć do mężczyzny, jak i kobiety. Jest androginiczną chłopczycą marzącą o karierze, i jako takiej powinien jej być bliski ruch sufrażystek, walczących o prawa kobiet. Ale nie jest, bo nie dość, że się z nimi zupełnie nie utożsamia, to – podobnie jak znakomita większość ówczesnego społeczeństwa – widzi w nich nawiedzone wariatki.

Paradoksalnie jednak, los pcha ją w ich kierunku, kiedy dziewczyna dostaje od szefa szansę zebrania informacji o głośnej akrobatce i znanej sufrażystce, hipnotyzującej Ebony Diamond. Problem w tym, że Ebony znika w kulminacyjnym punkcie brawurowego występu, a wydarzenie to poprzedzają dwa morderstwa. Giną ludzie powiązani z artystką: Anie Evans, szwaczka szyjąca jej stroje, i Oliver Smyth, właściciel ekskluzywnego salonu z gorsetami, w którym się zaopatrywała. Frankie Sherlockiem wprawdzie nie jest, ale podejmuje trop. Nie ona jedna, bo sprawą zajmuje się również inspektor Primrose z wydziału do spraw wykroczeń popełnianych przez sufrażystki, które nie zawsze ograniczały się li tylko do stawiania biernego oporu.

Jeśli idzie o intrygę kryminalną, Lucy Ribchester z pewnością zna reguły gry, choć do miana prawdziwie porywającego kryminału trochę „Sufrażystkom” brakuje. Fabuła jest wprawdzie spójna i skonstruowana solidnie, ale autorce nie całkiem udaje się utrzymać napięcie aż do wielkiego, trochę zresztą groteskowego i przerysowanego finału. Te drobne niedociągnięcia na poziomie fabularnym wynagradza z nawiązką doskonale nakreślone tło społeczno-obyczajowe. Autorka wyśmienicie wręcz odmalowuje atmosferę zimnego i zamglonego, listopadowego Londynu sprzed pierwszej wojny światowej z jego półświatkiem, nierównościami społecznymi i tajemnicami wstydliwie ukrywanymi pod płaszczykiem przyzwoitości, prezentując jednocześnie całą galerię przedstawicieli edwardiańskiego społeczeństwa, których łączy głównie to, że mają już dość sufrażystek i ich walki o prawa wyborcze kobiet.

Sam ruch przedstawiony został jako wewnętrznie podzielony, złożony z dwóch nurtów, których zwaśnione liderki różni podejście do przemocy. Rozdźwięk ten jest zresztą wykorzystany w charakterze elementu leżącego u podstaw intrygi i celowo eksploatowany dla ukazania, jak różnorodne postawy reprezentowały aktywistki działające w przededniu I wojny światowej. Ribchester umiejętnie miesza fakty historyczne z fikcją literacką, naginając je oczywiście na potrzeby powieści, jednak w sposób dobrze rokujący na przyszłość. Przemyca dużo szczegółów, o których przeciętny czytelnik nie ma pojęcia, a które doskonale działają na wyobraźnię. Pisze o mizoginicznych policjantach brutalnie tłumiących pokojowe demonstracje, wspomina o mężczyznach, którzy stanęli po stronie kobiet, obrazowo opisuje sadystyczną praktykę przymusowego karmienia więźniarek, które podjęły strajk głodowy.

O ile rzeczywiście można mieć pewne zastrzeżenia odnośnie do konstrukcji fabuły, a porównania do pisarstwa Sary Waters uznać za przesadzone, to jednak „Sufrażystki” na pewno mogą się podobać. Podejmując mało eksploatowany w literaturze i kulturze popularnej temat, Lucy Ribchester w bezpretensjonalny sposób przenosi sufrażystki i ich zmagania z marginesu zbiorowej wyobraźni do jej centrum. Ta część literackiej gry naprawdę jej się udała.

Lucy Ribchester, Sufrażystki, przeł. Robert Waliś, Wydawnictwo Marginesy, 2015, 430 stron.

Opinię tę znajdziecie również w serwisie:

biblionetka_logo1

 

 

 

 

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci