Menu

Książki mojej siostry

Na peryferiach Radch, czyli "Zabójczy Miecz" Ann Leckie

milvanna

Ta notka będzie dla mnie wyjątkowo trudna, więc na starcie proszę o wyrozumiałość. A trudna będzie, bo, po pierwsze, może się nie zorientowaliście, ale pisałyśmy tu z Grendellą dość dawno, a przełamanie się do pisania na nowo wcale nie jest takie proste; po drugie, znowu przeczytałam książkę, której nie chcę zrobić krzywdy, i do której zachęcam wszystkich. Postanowiłam sobie zaraz po jej zakupie, że jeśli nie przełamię się wcześniej, to o niej będę musiała napisać i nie będzie takiej siły, która mnie powstrzyma (lub też która pomoże mi znaleźć wytłumaczenie dla mojego lenistwa, jak kto woli). No więc wracam, z Ann Leckie i Zabójczym Mieczem, czyli kontynuacją Zabójczej Sprawiedliwości.

Zabjczymieczebook

Akcja Zabójczego Miecza zaczyna się w zasadzie prawie bezpośrednio po wydarzeniach poprzedniej powieści. Breq, teraz kapitan floty, świadoma wewnętrznego konfliktu Anaander Minai, wyrusza ze swoim statkiem na prowincję. Tam jest świadkiem, a w pewnym sensie również przyczyną, problemów i intryg. Breq dostrzega na Athoek niesprawiedliwość jaka panuje w układzie. Widzi dysproporcje w warunkach życia cywilizowanych obywatelek i  skolonizowanej ludności, zachłanność ludzi na wysokich stanowiskach, brak jakiejkolwiek troski o mieszkańców. Nie godząc się z panującymi powszechnie zasadami, Breque stara się, raz mniej, raz bardziej spektakularnie, naprawić system. Nie trzeba w zasadzie dodawać, że raczej nie przysparza jej to przyjaciół w gronie ludzi zajmujących wysoką pozycję społeczną, którzy faktycznie mogą coś zmienić, a którzy wcale nie chcą zrzec się swoich zysków (niespodzianka, prawda?).

W Zabójczym Mieczu akcja na pozór toczy się wolniej, spokojniej. Może dlatego, że głównym impulsem do działań nie jest już zemsta, lecz chęć naprawienia wyrządzonych szkód i krzywd. I tych, których przyczyną były podboje, i tych spowodowanych przez Breq (pamiętamy jeszcze o porucznik Awn, prawda?). Świeżo upieczona kapitan chce wprowadzić w układzie zmiany i to właśnie ta potrzeba napędza akcję. W zasadzie każde wydarzenie wynika bezpośrednio z poprzedniego. Dzięki temu możemy przyjrzeć się światu, ludziom, różnicom w kulturach, by dojść do wniosku, że społeczeństwo Radch, po wielu latach od podbojów, nie jest ani jednolite, ani pogodzone z sytuacją, która została mu narzucona. Widzimy rytuały żałobne, przemoc domową i nadużycia; widzimy pracę zwykłych ludzi, ich podejście do seksu, stroje, zasady i pozory tak ważne podczas spotkań towarzyskich; widzimy podziały, nielegalny handel i urywki z życia żołnierzy, pracowników plantacji, mieszkańców Podogrodu. Wiele z tego możemy poznać dzięki połączeniu Breq z Łaską Kalr (statkiem, którym dowodzi) i stacją Athoek. Przy czym, nie da się ukryć, że są to dla Breq tylko drobniutkie skrawki w porównaniu z tym co widziała jako Esk Jeden.

No właśnie. Breq już nie jest częścią czegoś większego. Nie ma swojego statku (czyli, w zasadzie, reszty siebie), nie jest człowiekiem, nie przynależy do nikogo i do niczego. Jest to dość ciekawe dla czytelnika: w Zabójczej Sprawiedliwości retrospekcje Breq pozwalały na spojrzenie na jedną sytuację z wielu perspektyw dzięki serwitorom i statkowi, którego było częścią. W Zabójczym Mieczu zemsta się dokonała a Breq nie wraca już do przeszłości. Teraz  widzimy wydarzenia tylko jej oczami, więc to oczywiste, że nie możemy dostać pełnego, kompletnego obrazu a raczej jego niewielką część. Do tego nieobiektywną część, podsyconą emocjami. Samotności Breq towarzyszy tęsknota. Straciła kawał siebie i jest świadoma, że nigdy nie uda jej się zaspokoić pustki i swoich potrzeb. Do tego udaje kogoś, kim nie jest, o czym wie tylko Seivarden i medyczka służąca na Łasce. Mam wrażenie, że nawet gdyby odgrywała człowieka tak świetnie, że zgłosiłaby się do niej Akademia, by wręczyć jej honorowego Oscara, Breq już nigdy nie poczuje się pełna i kompletna.  I, przyznaję, smuci mnie to chyba bardziej niż powinno.

 

PS Idźcie i czytajcie tę książkę. Mimo że wpis nie jest jej godzien. Niemniej jednak musiał powstać, bo cisza na blogu wywoływała w Milvannie "ataczki paniczki”.

 

Zapisz

O tych, o których się nie mówi, czyli "Wykluczeni" Artura Domosławskiego

milvanna

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o książce, która właśnie skończyłam. Artura Domosławskiego znam przede wszystkim z artykułów publikowanych w POLITYCE, po które na ogół sięgam zaraz po zakupie tygodnika. Z jego twórczością spotkałam się po raz pierwszy na studiach, kiedy na ćwiczenia z historii Ameryki Łacińskiej miałam zapoznać się z „Gorączką latynoamerykańską”. Była to pozycja niezwykła, którą musiałam odkładać na jakiś czas (przez co oczywiście nie  przeczytałam jej tak szybko, jak powinnam), a czasami podczas lektury wybuchałam płaczem w metrze. Wiedziałam więc, że „Wykluczeni” nie będą lekturą łatwą – nie myliłam się.

wykluczeni

Artur Domosławski przywołuje wiele historii z różnych części świata. Strefa Gazy. Egipt. Brazylia. Kenia. Dotyczą one osób i grup wykluczonych z różnych przyczyn, na które na ogół zupełnie nie mają wpływu: etnię, status społeczny, orientację seksualną, płeć. Wykluczyć można człowieka z każdego powodu. Lub z kilku. Jak pisze autor:

Kręgi wykluczenia niekiedy na siebie zachodzą. Kobiety w Ciudad Juárez są mordowane dlatego, że są kobietami i dlatego, że są biedne. Palestyńczycy z terytoriów okupowanych, niezależnie od materialnego statusu poszczególnych jednostek i rodzin, są zamykani w enklawach, a Rohingjowie z Mjanmy (dawniej Birmy) – w gettach i obozach dla uchodźców z powodu tożsamości etnicznej, a także nędzy, która sprawia, że są bezbronni. [s.9]

Ta książka mnie przytłoczyła. Nie dlatego, że była, sama nie wiem, nudna czy rozwlekła. Zostawiła mnie z poczuciem, że ludzkość, jako ogół, nie jest jednak dobra. Że godzimy się na wyrządzanie innym krzywdy, że odwracamy wzrok. Że kryzysy  i śmierć są dla nas korzystne ekonomicznie. Uogólniam, to jasne. Prawdą jednak pozostaje to, że, w XXI wieku, na poziomie m.in. rządów i korporacji, pozwalamy na niewolnictwo,  wyzysk czy ludobójstwa, bo tak nam wygodnie. Odsuwamy też od siebie myśli, że kiedy będziemy kibicować sportowcom na najbliższych igrzyskach letnich, nie tak daleko od parku olimpijskiego likwidowano fawele, pozbawiając najbiedniejszych domów.

Niektóre problemy, czy raczej tragedie, przebijają się do naszej świadomości, trafiają do mediów. Powszednieją. Przyzwyczailiśmy się do relacji ze Strefy Gazy. Osłuchaliśmy się z informacjami o kolejnych ludziach, którzy utonęli próbując uciec przed wojną do Europy. Nauczyliśmy się nawet nazywać ich imigrantami zarobkowymi.  O niektórych tragediach słyszeliśmy, bo przybliżyła nam je popkultura. Widzieliśmy Miasto Boga, które przybliżyło nam sytuację w dzielnicach biedy we współczesnej Brazylii, a w serialach lub filmach rzuciły nam się w oczy różowe krzyże w Ciudad Juárez, ustawione, by zwrócić uwagę na kobietobójstwo.

Jakiś czas temu spotkałyśmy się po pracy przy piwie z koleżanką, która poznałam jeszcze na początku studiów. Siedziałyśmy sobie w ogródku w centrum Warszawy, rozmawiałyśmy o pracy i o książkach. Opowiadałam jej o „Wykluczonych”, o Mjanmie,  o ludobójstwie dokonywanym na muzułmańskich Rohingjach przez ich buddyjskich sąsiadów, Arakańczyków. O tym, jak arakańscy mężczyźni blokowali drogi wyjazdowe z wioski, w których byli mordowani ich sąsiedzi. O tym, że w zasadzie nikt o tym nie wie (chyba, że jestem większa ignorantką niż jestem i tylko ja dowiedziałam się o Rohingjach z POLITYKI), że Ci, którym udało się uciec do Wielkiej Brytanii, próbują opowiedzieć o swojej sytuacji każdemu, kogo poznają. Z piekła uciekają na łodziach, dryfują tygodniami po morzu, odrzucani przez sąsiednie kraje. W pewnym momencie poczułam się co najmniej nieswojo. Siedzimy przy piwie. A ja jej opowiadam o ludobójstwie, o którym czytam. Czytam. I co z tego? Wiem, co się dzieje w Mjanmie. I w Strefie Gazy. W Pakistanie i Salwadorze. I co z tego? Co mogę zrobić i czy mogę cokolwiek? Czy to, że spróbuje przekazać historię dalej ma w ogóle jakikolwiek wpływ? Czy daje coś więcej niż tylko oburzenie albo łzy?

Zapisz

Książkowe urodziny, czyli jakie duże już jesteśmy

milvanna

Na koniec tego tygodnia przypadają szóste urodziny naszego bloga. SZÓSTE. Drapiemy się z niedowierzaniem w czoła. Wiemy wprawdzie, że są blogi, które żyją sobie o wiele dłużej. Wiemy również, że wiele osób pisze nieporównywalnie częściej niż my. Ale sześć lat to jednak szmat czasu, tuziny napisanych przez nas tekstów, setki komentarzy – czyli coś, czego zaczynając pisać zupełnie się nie spodziewałyśmy. W związku z tym, z okazji tych szóstych urodzin (pogubiłyśmy się wprawdzie w polskim systemie edukacyjnym i nie wiemy, czy blog idzie od września do szkoły, czy nie), mamy dla Was kilka faktów o Książkach mojej siostry i o nas.

8yN4d.gif?c=popkey-web&p=popkey&i=happybirthday-events&l=direct&f=

  1. Prawdopodobnie zdobyłybyśmy mistrzostwo nieogarnięcia w blogosferze, gdyby je kiedykolwiek zorganizowano. Postanawiamy coś zrobić, ale przejście do działania zajmuje nam jakieś 3 lata. To właśnie dlatego Książki mojej siostry, pomimo propozycji pomocy Janka, nadal nie przeniosły się na własną domenę, gdzie mogłyby odświeżyć wygląd. Cud, że w ogóle założyłyśmy bloga…

  1. Specjalnie dla naszej mamy, uruchomiłyśmy jednak wyjątkową usługę audio. Widzicie, nasza mama nie umie w Internety, w związku z tym nieraz czytujemy jej nasze wpisy. Czasem przez telefon. Mama żywiołowo reaguje, ale Internetów i tak nie chce się nauczyć. A szkoda, bo jest mistrzynią ogarnięcia i mogłaby zostać Dyrektorem Generalnym Książek mojej siostry, rozwiązując wiele naszych problemów organizacyjno-decyzyjnych.
  1. Notorycznie przegapiamy terminy zapisów na kluczowe blogerskie imprezy, na które chcemy pojechać. O rejestracji na ubiegłoroczną Blogowigilię przypomniała nam Agata z Qrkoko, a o zapisach na tegoroczne Blog Forum Gdańsk Agnieszka. Chętnie pojechałybyśmy do Gdańska, choć czujemy się nieco zagubione na tak dużych imprezach. Zobaczymy, czy się uda.

holiday_awkward

  1. Ten rok to Wielki Kryzys Książek mojej siostry – mnóstwo czasu pochłonęły nam zupełnie inne obowiązki, z pisaniem było ciężko. Tak, wiemy, że wszystko jest kwestią organizacji i że mogłybyśmy wstawać godzinę wcześniej lub kłaść się godzinę później, ale jednak doszłyśmy do wniosku, że niech to miejsce zostanie dla nas odskocznią od obowiązków i problemów, miejscem, które chcemy (a nie mamy obowiązek) tworzyć. Grendella ma wprawdzie czasem myśli, żeby rzucić to wszystko, ale Milvanna stanowczo się sprzeciwia i tłumaczy, że wystarczy poczekać na lepszy czas. Dobrze, że jesteśmy dwie.
  1. No to zdmuchujemy te świeczki i wypowiadamy życzenie: OBYŚCIE NADAL BYLI Z NAMI! I oczywiście wpadajcie na urodzinowe drinki! Poczytamy sobie razem i pogadamy o książkach…

gatsby-leo-051113

  1. A może macie do nas jakieś pytania? Albo życzenia, które mogłybyśmy spełnić? Dajcie znać :) A jeżeli chcecie nas obsypać prezentami – nie bądźcie nieśmiali :)

Muza-kochanka, poeta i jego żona, czyli "Dysonans" Ewy Stachaniak

grendella

Przyznaję, że bywa tak, że cudze chwalę swego nie znam, że zachwycam się literaturą anglojęzyczną, nie do końca orientując się w polskiej. Tym razem sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo Ewa Stachaniak jest pisarką pochodzenia polskiego, mieszkającą na stałe w Kanadzie, piszącą po angielsku i dopiero z angielskiego na polski tłumaczoną.  Ciekawy to sposób na opowiadanie „naszej” historii szerszej publiczności. Dobrze jednak, że przekład powierzono Annie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, bo dzięki niemu i po polsku czyta się Dysonans naprawdę doskonale.

dysonansbiext35965599

Dysonans to fabularyzowana historia o ekscentrycznym trójkącie miłosnym okresu Romantyzmu - o pełnym pasji, choć niemożliwym do sformalizowania związku Zygmunta Krasińskiego i Delfiny Potockiej, i jego małżeństwie z rozsądku z Elizą Branicką. Autorka przyznaje się do inspiracji zachowanymi do dziś listami Krasińskiego do kochanki, rodziny i przyjaciół, jak również tymi które wyszły spod pióra jego żony, zauważa jednak brak głosu samej Delfiny – nieszczęśliwej w małżeństwie, które wprawdzie dało jej awans społeczny lecz pozostawiło liczne blizny, i z którego w końcu udało jej się wyrwać, rozpaczliwie tęskniącej za dzieckiem, kobiety światowej, wymykającej się konwenansom, zmysłowej kochanki wielu wpływowych mężczyzn epoki i ich muzy. I to właśnie ten głos, zrekonstruowany przez Ewę Stachaniak, nadaje powieści ton.

Dysonans mógłby być historycznym romansem jakich wiele, jednak wyróżnia go głębia psychologiczna postaci, stylizowany z dużym wyczuciem język i epizodyczna konstrukcja, podkreślająca emocjonalne rozdarcie wszystkich uczestników dramatu. Zygmunt, Delfina i Eliza, uwikłani w osobliwy układ miłosny, wiodą żywot, któremu daleko do harmonii, w świecie pełnym dysonansów. Tytułowy dysonans pojawia się tu właściwie na każdej płaszczyźnie. Dysonans między miłością romantyczną a rzeczywistą, między obowiązkiem wobec ojczyzny a życiem prywatnym, sztywnym gorsetem konwenansów a szczęściem jednostki, pasją a rozsądkiem, kobietą-aniołem a kobietą-grzesznicą, sztuką a życiem, i wreszcie między prawdą historyczną a naszym współczesnym wyobrażeniem o niej.

Dla mnie ta powieść to również strzał w dziesiątkę jeśli idzie o ukazanie sytuacji społeczno-politycznej, mało wyidealizowanego obrazu Wielkiej Emigracji, natchnionego patriotyzmu skontrastowanego z życiem prywatnym. Jednocześnie, muszę przyznać, że to książka, po którą pewnie sama bym nie sięgnęła, bo nie odnotowałam wokół niej specjalnego szumu medialnego (a może był, ale przegapiłam?). Poleciła mi ją nieoceniona pani Ania, polonistka z wykształcenia i pożeraczka dobrych książek z zamiłowania, po tym jak okazało się, że obie nie byłyśmy oczarowane monumentalnym i nieco pompatycznym Turniejem Cieni Elżbiety Cherezińskiej, który zachwycił przecież tak wielu. Dysonans to proza zupełnie inna – kameralna, subtelna, bardziej skoncentrowana na emocjach, niż brawurowej akcji. Niewiele ponad 300 stron, na których udało się w bezpretensjonalny sposób opowiedzieć niebanalną historię miłosną, namalować z olbrzymią dbałością o detale wyrazisty portret epoki, przedstawić wizerunek dwóch fascynujących kobiet, o których podręczniki może i czasem wspominają, jednak nigdy nie wysuwają ich na pierwszy plan. Warto wsłuchać się w ich głos.

---

Ewa Stachaniak: Dysonans. Przełożyła Anna Przedpełska-Trzeciakowska. Świat Książki, Warszawa, 2009, 336 stron.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci