Menu

Książki mojej siostry

O mgłach i ich sekretach czyli cykl "Z mgły zrodzony" Brandona Sandersona

milvanna

Trylogia Brandona Sandersona Z mgły zrodzony to cykl zajmujący dużo miejsca na półce i sporo ważący*, co może być pewnym utrudnieniem, jeśli czyta się głównie w środkach komunikacji miejskiej. I to w zasadzie jej główny minus. Czytałam ją długo, przeplatałam innymi książkami, odkładałam i w zasadzie nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego. Bo patrząc na całość muszę stwierdzić, że to kawał porządnego fantasy.

zmglyzrodzonybiext4185932_emik

Świat stworzony przez Sandersona to trochę nasz wypaczony świat z bajerami. W Ostatnim Imperium czerwone słońce jest zawsze przysłonięte popiołem sypiącym się z nieba. Rośliny są pozbawione barw, choć kiedyś, przed tysiącem latem, podobno miały kolory i były, na przykład, czerwone. Kto to widział! W tej szarości i burości, żyje sobie szlachta, nosząca bogato zdobione stroje, spiskująca i knująca intrygi na wystawnych balach. W swej łaskawości pozwala jej na to Ostatni Imperator, najwyższy władca, bóg, dyktator, który dając grupie pozory władzy czy wolności, sprawuje nad nią całkowitą kontrolę. Zdecydowanie wyżej w hierarchii stoją obligatorzy, od stuleci szerzący kult Imperatora, dbający o poszanowanie dla religii, która opiera się na zamierzchłych działaniach władcy. Najmniej znaczące jest życie skaa, niewolników i biedoty, traktowanych nieraz gorzej niż robactwo. Wszystko spowija złowroga mgła pełna potworów i śmierci.

W tym właśnie świecie istnieją potężne, magiczne moce, a konkretnie trzy jej rodzaje. Allomancja, feruchemia i hemalurgia – wszystkie z grubsza polegają na tym samym, czerpaniu mocy z metali. Szczerze mówiąc, wszystko jest tak skomplikowane, że do końca nie mogłam zapamiętać jakie działania mogą wynikać z korzystania z konkretnego metalu (kto by się przejmował taką drobnostką). Allomanci, najsilniej reprezentowani w opowieści, żeby użyć magii, muszą połknąć konkretny metal. Ta siła nie jest widoczna na pierwszy rzut oka, nie można po prostu podać komuś opiłków metali i sprawdzić, czy jest allomantą Taką jednostkę trzeba złamać. W tym celu niemal katuje się dzieci na śmierć. Allomanci pojawiają się głównie wśród potomków szlachty. Nikt (ekhm, Ostatni Imperator, ekhm) nie chciałby, żeby tak potężni ludzie pojawiali się wśród niewolników, prawda? Dlatego też kobiety skaa, które zostały zgwałcone przez szlachciców, na ogół kończą martwe. Nie warto ryzykować.

studniawstapieniawiext34868298

Allomanci na ogół „specjalizują się” w korzystaniu z jednego metalu, co daje im jedną nadzwyczajną cechę. Mogą mieć umiejętność uspokajania lub podżegania emocji, przyciągania lub odpychania metalu, widzenia przyszłości. Istnieją jednak również Zrodzeni z Mgły, jednostki,  które mogą spalać wszystkie metale, co czyni je niezmiernie cennymi i niebezpiecznymi.

I tu pojawia się Kelsier. Cały otulony mgielnym płaszczem. Ocalały z Hatsin, potężny Zrodzony z Mgły, który ma na pieńku z Ostatnim Imperatorem, przewodzi ekipie ludzi żyjących nieco poza granicami prawa i jednocześnie staje na czele rebelii. Celem ekipy jest początkowo przejęcie zapasów najcenniejszego z metali, atium, zdobycie bogactwa a, przy okazji, obalenie tyrana. Do ekipy dołącza młoda dziewczyna, Vin, złodziejka skaa, bita i tłamszona najpierw przez brata, a później przez mężczyznę, dla którego pracuje. Okazuje się, że również ona jest Zrodzona z Mgły, a jej moc może z czasem dorównać nawet tej Kelsiera.

Możemy uznać to za punkt wyjścia historii. W opasłych tomiszczach akcja toczy się momentami dość leniwie (co nie oznacza wcale „nudno”), by nagle przyspieszyć, wyhamować, zawrócić i skręcić w lewo. Mamy tu upadek imperium, walki między szlacheckimi rodami, skrytobójców, upadających bogów, bunty, moce, leżące u podstaw istnienia. Mamy tu niemal wszystko, a jednak nie zostajemy przytłoczeni mnogością wątków czy bezsensownych szczegółów. Nawet jeśli na początku coś wydaje się być zbędnym elementem, okazuje się ważne. Sanderson nie zapomina  o niczym, a ja postanowiłam to zaakceptować gdzieś w połowie drugiego tomu.

W trylogii urzekają postaci. Początkowo może się wydawać, że jest ich sporo i nie poświęcono im zbyt wiele uwagi. Nic bardziej mylnego. Nie mogłam się zdecydować, którą z postaci powinnam uznać za „główną”, bo wielu z nich Sanderson poświęca sporo czasu. Pierwszym, oczywistym wyborem jest Kelsier, charyzmatyczny buntownik, który z inteligentnego łotra zmienia się w obiekt kultu. Jest Elend, przeintelektualizowany, szlachecki idealista o dobrym sercu. Jest Sazed, feruchemik, który w swoich metalowych bransoletach przechowuje wiedzę o wszystkich znanych mu religiach, których zakazał Imperator. Jest też wiele postaci z pozoru mniej ważnych, które stają się w końcu kluczowe dla toczącej się oopowieści.

Jest w końcu Vin. Vin, która przez większość cyklu wydaje się być najważniejszą kobietą we wszechświecie (że pozwolę sobie zacytować Doctora), która z poniewieranej dziewczynki przeistacza się w gwiazdę szlacheckich salonów. Dziewczyna, która nie czuje się za dobrze w ekipie Kelsiera i nikomu nie ufa (tego właśnie nauczył ją jej brat), zmienia się w końcu w osobę, która jest skłonna do największych poświęceń z miłości i wiary w innych. Nie mówię tu tylko o miłości romantycznej, gdyż ten akurat wątek wywoływał u mnie początkowo zgrzytanie zębami (możemy założyć jednak, że nie powinnam po prostu była w tym konkretnym momencie życia czytać o romansach innych). Vin z wykorzystywanego przez wszystkich „popychadła” staje się silną kobietą, obrończynią, zabójczynią, wybawicielką. Choć czasami porusza się po omacku, ma doskonałe instynkty i jest chyba najpotężniejszą Zrodzoną z Mgły. Rozwija się, dojrzewa do swojej roli, potrafi przyjąć swoje przeznaczenie i wykorzystać je z korzyścią dla innych. I to jest fantastyczne. Nie mamy tu do czynienia z walecznym dziewczęciem, dla którego głównym jednak dylematem, pozostaje wybór odpowiedniego absztyfikanta. Dobra, taki watek na chwilę się pojawia, ale nigdy nie staje się czymś kluczowym dla bohaterki. Miłosny dylemat nie w życiu Vin trudno uznać za główny wątek historii. To raczej pewien dość krótki etap, który prowadzi do czegoś ważniejszego. Do rozwoju, dorosłości. Czy nie tak właśnie wygląda to w życiu?

bohaterwiekowwiext34546832

W trylogii bardzo ważne są też legendy, proroctwa, zamierzchłe historie. Wiele z nich poznajemy dzięki Sazedowi. Cudowne jest też przeplatanie rozdziałów fragmentami, powiedzmy, historycznych zapisów. W każdym tomie, jest to inna opowieść. Jeśli Sazed lub Vin pracują nad rozszyfrowaniem jakiegoś pisma, o tym, co odczytali, dowiemy się właśnie w tych częściach pomiędzy rozdziałami. To uzupełnienia opowieści, ale też częściowo historia czy podstawy mitologii Ostatniego imperium. I tego, co po nim następuje.

W książkach Sandersona chyba najbardziej podobało mi się to, że to, co w wielu innych powieściach (pamiętacie Władcę pierścieni?) jest końcem historii, tu było początkiem. Okazuje się, że fajnie jest obalić dyktatora. Super. Świat jest teraz wolny! Tylko, co dalej? Kto obejmie władzę? Czy powinien być to idealista, który chciałby równości dla wszystkich? Czy kolejny tyran? Jak daleko można się posunąć w kompromisach, żeby zachować pokój i nie zaprzedać wyznawanych wartości? Czy to wszystko, tak po prawdzie, ma w ogóle sens? Czy władca nie jest tylko pionkiem? I który władca jest tak naprawdę „dobry”?

Zaczynam wpadać powoli w jakiś niebezpieczny strumień świadomości, więc na koniec powiem tylko: idźcie czytać, bo cykl Z mgły zrodzony jest mądry i zaskakujący. Mam nadzieję, że nie tylko ja zupełnie nie spodziewałam się zakończenia.

 

*Ta trylogia to w zasadzie połowa cyklu. Pora zamontować więcej półek.

Antologia "Zabawa w Boga", czyli rozmowa o opowiadaniach polskich autorów

grendella

Zabawa w Boga to zbiór opowiadań młodych, polskich autorów, skupionych wokół Sekcji Literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki, działającego już od 2005 roku. Antologię otwierają i zamykają utwory Benjamina Rosenbauma (Przyjmujący nowe i Pomarańcza), pisarza uznanego na Zachodzie, a w Polsce dość chyba jednak mało znanego. Według zamysłu twórców, mają one stanowić pewien punkt odniesienia do tekstów polskich autorów. Pomarańcza opiera się na ciekawym żartobliwym pomyśle, ale jest tak króciutka, że trudno o niej coś więcej napisać. Natomiast Przyjmujący Nowe zasłużyło na nominację do Nebuli - jest w nim i ciekawa koncepcja świata, i zaskakujące zakończenie, i pytanie o istotę naszej tożsamości.

Co sądzimy o opowiadaniach w tej antologii? Postanowiłyśmy sobie o niej chwilę blogowo porozmawiać.

PART_1513890712746Tak, dobrze widzicie. Książka, piasek, kolorowe paznokcie - lato w pełni. Antologię przeczytałyśmy już dawno. Dopiero teraz jednak udało się nam o niej napisać. Dobrze, że robimy notatki :)

 


Milvanna: Po raz kolejny przekonałam się chyba, że opowiadania to nie do końca forma, która mi odpowiada. Nie umiem zgrać się z ich długością, chciałabym raczej dowiedzieć się czegoś więcej o postaciach, bohaterach, historii. Potrzebuję poczucia, że coś tworzy większą całość, nie jest wyrwanym fragmentem rzeczywistości. Oczywiście nie jest to „problem” opowiadań, tylko mój (o ile w ogóle możemy tu mówić o problemie; taka najwyraźniej moja uroda). Dlatego też chyba po prostu nie mogłam z góry założyć sukcesu przy lekturze, a potem ewentualnie się rozczarować.

Grendella: Opowiadanie to wbrew pozorom trudna forma. Może nawet trudniejsza w przypadku prozy fantastycznej niż realistycznej? Fantastyka w dużej mierze polega przecież na światotwórstwie, a w krótkiej formie dość trudno taki fantastyczny, spójny i przekonujący świat zbudować. A żeby opowiadanie było naprawdę dobre i “zapamiętywalne” trzeba dorzucić fajnie skonstruowaną fabułę, ciekawych bohaterów (najlepiej nie za dużo), i to “coś”, co zmusza do myślenia. Krótko mówiąc, niełatwa to sztuka.

Milvanna: Masz rację, zbudowanie świata, zbudowanie ciekawej i składnej fabuły na kilkunastu stronach nie może być proste. Może właśnie miarą sukcesu może być fakt, że chce się do danego świata wrócić lub czuje się niedosyt?

Grendella: Coś w tym jest. Pod względem światotwórstwa na pewno wyróżnia się Ordan Magdaleny Czarneckiej z fajnie zarysowanym światem zamieszkiwanym przez ludzi, jaszczury i vorkam, z bohaterem poszukującym magicznej substancji, co kojarzy mi się nieco z Diuną. Choć fabuła nie do końca mnie porwała, to była skonstruowana poprawnie i w sumie chętnie bym do tego świata wróciła. Zainteresowała mnie też wizja przyszłości w Marzeniu Rotha Małgorzaty Binkowskiej, w której genialne dziecko-hybryda, post-człowiek właściwie, o nadludzkich zdolnościach intelektualnych projektuje długofalowe przedsięwzięcie w wymiarze globalnym. Problematyka związana z transhumanizmem bardzo, bardzo na plus, ale… jakaś taka niedokończona wydała mi się ta opowieść. Z rozmachem zaczyna się też Serce Vann Karoliny Fedryk, która stara się nakreślić upadek społeczeństwa, które utraciło swoją magię i rozpad ideałów młodej bohaterki, ale znowu wizja ta wydaje się niepełna.

Milvanna: Ja z kolei sporo oczekiwałam od Kar i żywiołów Jesiona Kowala, w którym autor nie tworzy własnego świata, a przenosi bohaterów do lekko zmodyfikowanej wersji naszej rzeczywistości, inspirując się silnie Burzą Szekspira. Burzę czytałam na zajęcia z literatury latynoamerykańskiej jako tło dla Ariela Rodó. No i tak się składa, że mam przez to do sztuki duży, bardzo duży sentyment. Może dlatego opowiadanie mnie rozczarowało? Problem jest taki, że nie umiem właściwie do końca określić powodu. Może dzieje się tam za dużo, jak na te kilkanaście stron? Może momentami drażni mnie język? Bo sam pomysł wydaje się być całkiem w porządku. Przeniesienie wydarzeń do mieszkalnego bloku, „zwyczajni” ludzie, którzy okazują się nie tacy znowu zwyczajni, jakaś tam nastoletnia miłość. A jednak coś mi nie grało. Może mi pomożesz? Jak Ty odebrałaś utwór?

Grendella: Drażnił mnie niemożebnie. Rozumiem, że Kowal chciał się po szekspirowsku pobawić w słowotwórstwo i oryginalne metafory. Wymaga to odwagi. Ale wyszło sztucznie. Nie mogłam się skupić na fabule, bo co chwila wpadałam w irytację przez zwroty typu “zdezelowane szczury”, “ciemnopluszowa, wyświechcona, sprężyniasta wersalka o grzbiecie zdechłego bizona”, “stukstukurs maszyny”... Miałam wrażenie, że autor usilnie stara mi się zaimponować, ale nie bardzo mu to wyszło. A skoro jesteśmy przy retellingu znanych opowieści, to o wiele bardziej przypadło mi do gustu opowiadanie Korona Północy Anny Askaldowicz - wariacja na temat Ariadny, Tezeusza i Dionizosa. Fabuła jest tu statyczna, ale autorka bardzo dobrze buduje nastrój melancholii i tęsknoty za czymś, czego być może nigdy nie było, porusza czułe struny, nie moralizując. W mojej ocenie to najlepsze opowiadanie w tym tomie.

Milvanna: Chyba się z Tobą zgodzę. To takie kompletne opowiadanie, któremu daje dodatkowe punkciki za inspirację ukochanymi przeze mnie mitami greckimi. Myślę sobie, że rywalizować z nim może Wyliczanka Agnieszki Zapart. Urzekło mnie używanie przez nią gwary śląskiej i osadzenie akcji w Katowicach (wiadomo, jako dziewczyna z Podlasia darzę Śląsk głębokim uczuciem). To ostatnie w antologii opowiadanie wydaje mi się być słodką wisienką na średnio udanym torcie. Opowieść opiera się na rozmowie babci z wnuczkiem, któremu przekazuje ona historię dość tragicznej w skutkach zabawy z dzieciństwa. Rzeczywistość dzieci jest smutna, pełna przemocy, od której ucieczką staje się świat wyobraźni. Podoba mi się atmosfera, mrok, zaskakujące rozwiązanie, język.

Grendella: Tak, mi również podobała się Wyliczanka! Tu zabawa z językiem wyszła świetnie, bardzo udany eksperyment.

Milvanna: Ciekawy, według mnie, był też Lek Marty Potockiej. Ludzie postawieni w obliczu przełomowego odkrycia – leku ratującego życie, co w konsekwencji prowadzi do wydłużenia życia ludzkości. Po latach od zdarzenia, trzeba podjąć decyzję na szczycie – co dalej? Jak sprostać wyzwaniom starzejącego się społeczeństwa? Czy możliwe jest życie bez chorób i śmierci? Wydaje mi się, ze Potockiej udało się zarysowanie tego świata, na tyle, na ile to było możliwe, co nawet mnie zaintrygowało, przyznaję.

Grendella: To opowiadanie podejmujące ważki temat, ale językowo kojarzyło mi się ze sprawozdaniem i trochę mnie tym rozczarowało. Długowieczność, tym razem połączona z upadkiem arystokracji, jest też przewodnim motywem opowiadania My eter Alicji Tempłowicz. Autorka eksperymentuje trochę z perspektywą narracyjną, co poczytuję jej na plus, ale jako całość utwór mnie nie przekonał.  Trochę bardziej podobał mi się natomiast Chirurg Anny Hrycyszyn z jego praktykującym “medycynę alternatywną” lekarzem. Opowiadanie zgrabnie łączy relację z sali sądowej z retrospekcjami i czyta się przyjemnie, ale czegoś mu brakuje. Może mocniejszej puenty?

Milvanna: Czegoś, choć bardzo niewiele, zabrakło też utworowi Mrok zabije wieloryba Olgi Niziołek. Czasami, kiedy czytam pierwsze zdanie utworu, nieważne, czy ma jakiś głębszy sens, czy nie, wiem, że będzie dobrze. I tak właśnie zadziałało na mnie „Kobieta z wielorybem w brzuchu, pochłonięta szukaniem sposobów na zabicie zwierzęcia, nie słyszała dzwonów” (s. 138). Już tu zostałam częściowo kupiona. Historia Magdy z wielorybem w brzuchu, którego w żaden sposób nie może się pozbyć, i którą los połączył z Krukiem, młodym mężczyzną zawodowo barwiącym na czarno znoszone już dżinsy za pomocą mroku, który ma w sobie. Jest tu szukanie swojego miejsca, trudna miłość, walka z czymś, z czym ciężko sobie poradzić, a co trawi człowieka od środka. Weszłam w środek tej opowieści. Całość trochę zaburzyły mi końcowe słowa, może nieco zbyt dosadnie tłumaczące sedno historii. Nie wiem jak Ty, ale ja chętnie bym coś pani Niziołek przeczytała.

Grendella: Ja również. Mrok zabije wieloryba tworzy ciekawy, mroczny klimat. Jest nieoczywiste, oddziałuje emocjonalnie. Smutno mi się zrobiło po przeczytaniu tej historii o miłości dwojga odmieńców.

Milvanna: Hmm, cóż nam jeszcze zostało z tego zbioru?

Grendella: Kot z pudełka Łukasza Marka Fiemy. Opowiadanie lekko futurystyczne, z bohaterką chorą na raka, w której życiu pojawia się tajemniczy kot. Pozostawiło po sobie pewien niedosyt, autor podrzuca nam pewne tropy, ale nie do końca wykorzystuje ich potencjał. I Warunek początkowy Krystyny Chodorowskiej - tekst dotykający przyszłości muzyki, z bohaterem, poszukującym odpowiednika hologramu ekspedientki ze stacji benzynowej. Szczerze mówiąc, znużyło mnie to opowiadanie.

Milvanna: Myślisz, że uda nam się jakoś sensownie podsumować nasze wrażenia?

Grendella: Boję się, że nie :D. Na pewno nie żałuję czasu poświęconego na lekturę, ale mam wrażenie, że trudno mi się pisze o antologii opowiadań. Nie wiem, czy się tego jeszcze kiedyś podejmę. Zamiast podsumowania, wybieram więc trzy nazwiska autorów, którzy do mnie najbardziej przemówili - ANNA ASKALDOWICZ, OLGA NIZIOŁEK i MAGDALENA CZARNECKA. A Ty?

Milvanna: Dorzucam AGNIESZKĘ ZAPART. I wiesz co? Mamy jednak podsumowanie. W tej antologii, to jednak kobiety rządzą!

Grendella: Rzeczywiście! I tego się trzymajmy :)

Za propozycję przeczytania antologii serdecznie dziękujemy Annie Kańtoch. Mamy potwornego kaca moralnego, że tak długo nie napisałyśmy o Zabawie w Boga… Ale niestety, na blogu nie działo się długo dosłownie nic. Mamy nadzieję, że te opowiadania będą stanowić punkt przełomowy i powrót do regularnego pisania… Same za siebie trzymamy kciuki!

O strachach na Bródnie czyli "Domofon" Zygmunta Miłoszewskiego

milvanna

Domofon, debiut Zygmunta Miłoszewskiego, chciałam przeczytać od dawna. Zakochałam się w Szackim, tfu, trylogii o Szackim, więc sięgnięcie po inne książki autora uważam za obowiązkowe, nawet jeśli jakoś tak odracza się to w czasie. Dodatkowo koleżanka z pracy zachwalała i mówiła, że po lekturze ludzie boją się wchodzić do klatki schodowej w swoim bloku. Skoro zatem mieszkam w warszawskim wieżowcu z domofonem i windą, do której i tak nie pałam miłością, logicznym było sięgniecie po powieść, która tylko może spotęgować moje leki. No przecież.

domofon

Od razu podkreślę, ze Domofon nie jest tym, czego się spodziewałam. Otóż sięgając po niego, byłam pewna, że zabieram się za kolejny nieźle skrojony kryminał czy thriller. Tak, żyłam chyba przez kilka lat pod jakimś kamieniem i nie zorientowałam się, że Miłoszewski zaczął od napisania horroru. Jego akcję umiejscowił  w bródnowskim wieżowcu, w którym zaczynają dziać się rzeczy niezwykłe i przerażające. Młode małżeństwo w dniu  przeprowadzki do stolicy, do swojego własnego malutkiego mieszkanka, zastaje na klatce schodowej scenę makabryczną, w której główne role grają winda, chłopak mieszkający w bloku podzielony na dwie części (czyli głowę i resztę) oraz masa krwi. No nie najlepszy początek, nie najlepszy. Pojawia się policja, w tym Oleg Kuzniecow, znany również czytelnikom Uwikłania, kolejni sąsiedzi a wszystko zaczyna się komplikować. Co jakiś czas narracja jest przerywana zapisami rozmów pomiędzy mieszkańcami, które toczą się gdzieś w okolicach domofonu właśnie.  Wśród sąsiadów zawiązuje się  mały komitet złożony z dziennikarza-alkoholika, nastolatka i nowej lokatorki, który próbuje zrozumieć sytuację, w której wszyscy się znaleźli, i uratować jak najwięcej osób. Kluczem może być opowiedziana przez tajemniczego mieszkańca dawno zapomniana historia pewnej zbrodni.

Każdy z mieszkańców bloku ma swoją przeszłość, sytuację życiową i, co najważniejsze w kontekście fabuły, lęki. Każdy z nich ma coś na sumieniu. Ich historie i osobowości, poza tą dziennikarza, głównego bohatera, nie są wyjątkowo rozbudowane. Wydaje mi się to dość logiczne, bo gdyby Miłoszewski zdecydował się na inny zabieg, mnogość postaci doprowadziłaby do chaosu i rozmycia się akcentów w powieści. Sama fabuła z kolei nie jest może jakaś wyjątkowo skomplikowana, a niektóre motywy są raczej dobrze znane fanom gatunku, ale książkę czytało mi się dość, hm, przyjemnie. Miłoszewski zdaje się świadomie bawić dobrze znanymi już tropami, przez co, na szczęście, podczas lektury odczuwałam jednak pewną świeżość.

Mój główny problem z książką wynikał niestety z mojego braku przygotowania, czyli założenia, że biorę do ręki kryminał. Widzicie dopóki myślałam, że czytam o czymś, co rzeczywiście może się wydarzyć, czułam spory niepokój. Należę do osób, które nie czują się zbyt pewnie wchodząc do klatki schodowej z kimś nieznanym, omijają piwnice szerokim łukiem, a do drżenia serca doprowadzają je nawet uchylone drzwi prowadzące do niej. Jednak kiedy okazało się, że w całą intrygę zamieszane są siły nadprzyrodzone, zemsty z zaświatów i bliskość cmentarza, moje zainteresowanie delikatnie zmalało, a strach zniknął całkowicie. Należy jednak przyznać, że w Domofonie nie straszą najbardziej upiory czy demony. Przyczyną najgłębszych lęków są przeżyte traumy czy krzywdy wyrządzone innym, które mogą doprowadzić do szaleństwa, nawet jeśli są zepchnięte głęboko do podświadomości. I to, przyznaję, jest przerażające.

O lewackiej księżniczce w cyklu "Królowa Tearlingu" Eriki Johansen

grendella

Literatura fantasy ma to do siebie, że przetwarza motywy wykorzystane znacznie wcześniej. Cofać by się tu można do mitologii, baśni, epiki heroicznej, romansu rycerskiego, powieści awanturniczej – to tam spotkamy archetypowych herosów, łotrzyków, czy rycerzy zabijających smoki i zdobywających serca eterycznych księżniczek. Tam też można doszukiwać się toposów tak często występujących w fantasy - walki dobra ze złem, wyprawy inicjacyjnej, ofiary bohatera, by ocalić świat, magii, fantastycznych istot. To one (w różnych jednakże proporcjach) inspirowały Roberta E. Howarda, C.S. Lewisa i J.R.R. Tolkiena. Ci z kolei inspirowali kolejnych twórców, którzy albo podążali utartymi szlakami, albo zbaczali z głównej drogi i wydeptywali sobie inną ścieżkę. I tak to sobie trwa, powiedziałabym, aż do dziś. Różne to ścieżki, ale większość z nich wyznaczali panowie – pisarze o mniejszym lub większym talencie – zaludniający (co mnie naprawdę nie dziwi) swoje powieści białymi bohaterami płci męskiej. I choć kobiety się w tych powieściach pojawiały, to rzadko stawały się głównymi bohaterkami. A nawet jeśli bywały dla akcji kluczowe, to nieczęsto poznawaliśmy świat i akcję z ich perspektywy. Taki mieliśmy klimat.

Jak wiadomo, klimat się jednak zmienia. Niektórzy, w tym wydawnictwa, zauważają, że kobiety stanowią jakieś pięćdziesiąt procent populacji i że również po fantasy sięgają. A skoro tak, to przydadzą się książki, w których bohaterki będą bardziej przekonujące, aktywne i sprawcze. Mam jednak wrażenie, śledząc przeróżne internetowe dyskusje* i słuchając własnych studentów płci obojga, że literatura fantasy, w której główną rolę gra kobieta, postrzegana jest nieco inaczej – a mianowicie, jako kierowana właściwie tylko do kobiet. Z kolei powieści z bohaterem męskim uznawane są za fantasy dla wszystkich. I ja mam z tym pewien problem. Bo widzicie, rozumiem, że kobiety mogą sobie wyłuskać z pisanej z męskiego punktu widzenia literatury tak zwany „przekaz ogólnoludzki”**. Tylko że naiwnie sądziłam, że w drugą stronę też to powinno działać. Tymczasem, okazuje się, że częściej chyba jednak nie działa.

I tak oto dochodzimy do cyklu Królowa Tearlingu Eriki Johansen, którego bohaterką jest Kelsea, księżniczka – po śmierci matki ukryta w chatce w dziczy i wychowana tam przez dwoje oddanych jej ludzi – która po ukończeniu dziewiętnastu lat ma wrócić do podupadłego nieco zamku i objąć należną jej z urodzenia władzę, pełnioną tymczasowo przez wujka, któremu do modelowego władcy daleko. Co też się dzieje. Przy czym okazuje się, że Kelsea, choć pełna ideałów, zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, w jakiej sytuacji znajduje się jej królestwo. Pierwsza część cyklu, Królowa Tearligu, koncentruje się na jej dorastaniu do roli władczyni i walce z dość demoniczną Czerwoną Królową, która jest wszystkim tym, czym Kelsea nie jest – kobietą piękną, narcystyczną, władczą, okrutną, i egoistyczną. W Inwazji na Tearling, drugim tomie, wojna nadal trwa, a Kelsea ma problemów jeszcze więcej niż w części pierwszej, ale pojawia się nowy, dość zaskakujący element - przedziwne wizje głównej bohaterki dotyczące czasów sprzed Przeprawy, w których przygląda się życiu nieznajomej kobiety o imieniu Lily. Łączy je jakaś przedziwna, niewyjaśniona przez dłuższą część narracji, więź . I choć w świecie Kelsea dzieje się wiele, to właśnie na te wizje ze świata Lily najbardziej czekałam.

krlowa_tearlingu

Wspomniałam o Przeprawie, bo to bodaj najciekawszy motyw cyklu. Nie chcę psuć zabawy, bo sposób i kolejność w jakiej podawane są informacje jest przemyślany, ale trudno ten wątek pominąć. Na początku mamy wrażenie, że przodkowie Kelsea po prostu przypłynęli z kraju, w którym działo się źle, na nowy kontynent, by stworzyć sobie lepszy świat. Podróż była trudna, pierwsze lata na nowym lądzie zapewne jeszcze trudniejsze, a główna akcja powieści toczy się parę pokoleń później. W pewnym momencie okazuje się jednak, że z czasów sprzed Przeprawy ocalało bardzo niewiele książek, między innymi Władca Pierścieni i seria o Harrym Potterze… I tu właśnie zaczęłam czytać z większym zainteresowaniem. Bo widzicie, mamy do czynienia z pseudo-średniowiecznym społeczeństwem, słabo rozwiniętym pod względem technologicznym, dziesiątkowanym przez głód i choroby, w którym codziennością są przemoc i śmierć. Tylko że okazuje się, że akcja nie jest umiejscowiona w zamierzchłej przeszłości lecz bliżej nieokreślonej przyszłości… Co poszło nie tak – zaczęłam sobie zadawać pytanie - że ludzkość zafundowała sobie średniowiecze po raz drugi?

I chyba głównie przez to pytanie sięgnęłam po tom drugi, który, co raczej niezwykłe, okazał się lepszy niż pierwszy. To właśnie w Inwazji na Tearling dowiadujemy się o tych czasach więcej i robi się mroczniej. Otóż, przed Przeprawą, ludzkość stworzyła sobie prawdziwie dystopijny koszmar, inspirowany i Rokiem 1984 George’a Orwella, i Opowieścią podręcznej Margaret Atwood. Kastowe społeczeństwo, wszechobecny monitoring, kobiety traktowane jak istoty niższej kategorii, czy wręcz własność swoich mężów – świat, w którym samodzielne myślenie jest przestępstwem. Autorka nie szczędzi brutalnych szczegółów, realistycznie opisując przemoc domową, gwałt małżeński, tortury. Z tego właśnie świata udaje się uciec starannie dobranej grupie ludzi pod wodzą charyzmatycznego lidera. A że w czasach, gdy świat stał się globalną wioską rządzoną przez korporacje nie sposób już stworzyć innego społeczeństwa, ucieczka staje się wyprawą do innej czasoprzestrzeni, w której można zacząć wszystko od nowa i zbudować lepszy świat, w którym nie będzie ani nierówności społecznych, ani rasowych, ani płciowych. A że się nie udało? No cóż, nie udało się Noemu po potopie, nie wyszło purytańskim Pielgrzymom, którzy na Mayflower wyruszyli do Ameryki, nie wypaliły idee socjalistyczne. Rzeczywistość Tearlingu to efekt kolejnej utopijnej próby naprawy świata, która znowu poszła nie tak. Dlaczego? Bo ludzie są jacy są i najwyraźniej nie uczą się na błędach.

inwazja_na_tearling

Taki to mało radosny wniosek nasuwa się po lekturze pierwszych dwóch tomów cyklu. Ale księżniczka Kelsea odziedziczyła ten przedziwny gen, który napędzał wszystkich reformatorów. Wierzy, że edukacja może uczynić cuda, nie wierzy za to, że cokolwiek dobrego może zdziałać kościół, z którym zupełnie jej nie podłodze. Wierzy, że rolą władczyni jest dążenie do poprawy losu zwykłych ludzi, a nie spełnianie własnych zachcianek. Wierzy, że dobra da się sprawiedliwiej redystrybuować, i że feudalno-kapitalistyczny system ekonomiczny w Tearlingu jest z gruntu zły. A na dodatek widzi, że sytuacja kobiet niewiele się zmieniła – bo widzicie w Tearlingu zakazana jest antykoncepcja, a za aborcję karze się śmiercią zarówno kobietę, która się jej poddała, jak i lekarza. Krótko mówiąc, Kelsea jest księżniczką dość lewacką. I zwyczajną, trochę zakompleksioną, dziewczyną o dość pospolitych (przynajmniej w jej oczach) rysach, nieco przy kości, bo lubi dobrze zjeść. Uczy się nie tylko władzy, ale i życia – po raz pierwszy się upija, po raz pierwszy kocha, po raz pierwszy musi się zmierzyć z presją społecznych oczekiwań. Wolałaby nie zmieniać systemu, tylko wieść normalne życie, ale niestety ktoś musi.

Królowa Tearlingu nie jest może cyklem, który będzie stanowił kamień milowy literatury fantasy. Jest w nim trochę łopatologii i uproszczeń, które mogą irytować. Ale jednak jest w nim również pewna świeżość, wynikająca ze zmiany rozmieszczenia akcentów. Z jednej strony można Erice Johansen zarzucać, że wykorzystuje ograne schematy, po prostu zastępując głównego bohatera bohaterką. Z drugiej już sam ten zabieg pewne schematy obala, bo wprowadza totalnie inną perspektywę. Inaczej gwałt i przemoc wobec kobiet wyglądają u G.R.R. Martina, a inaczej u Johansen, uwierzcie. Czy cykl o Tearlingu będzie potraktowany jako ta „słabsza” fantastyka dla kobiet, zapewne na dodatek „młodych”? Pewnie przez wielu tak. Dla mnie to świadomy ukłon w stronę dziewcząt, dziewczyn i kobiet, które fantastykę czytają i chciałyby być podmiotem - nie przedmiotem – opowieści. Świadczy o tym chociażby ta scena:

Przejrzała półki, w głębi duszy wiedziała jednak, że nie znajdzie prawdziwych książek przygodowych, które nie miałyby męskiego bohatera. Przebiegła palcem po dolnej półce i znalazła oprawiony w zieloną skórę tom ze złotym toczeniem na grzbiecie. Wyjęła książkę i podała ją Aisie.

- Nie ma w niej dziewczyn. Ale jeśli Ci się spodoba, to w drugiej części występuje żeńska postać” (Królowa Tearlingu, str. 312)

Zgadniecie o jaką książkę tu chodzi?

 ---

 * Proszę mnie nie prosić o konkretne cytaty, bo wybaczcie, ale nie będę robić głębokiego riserczu, jako że mam inne risercze na głowie. Pamiętam, na przykład, że śledziłam kiedyś dyskusję na temat Gildii Magów Trudi Canavan. Generalnie zgadzam się, że cykl ma wady i do ideału mu sporo brakuje, ale nie jest to też totalna szmira, do której przeczytania wstyd się przyznawać.

** Bywa trudno. Uwielbiałam książki o Tomku Wilmowskim, ale dzielnych dziewczynek naprawdę mi w nich brakowało.

---

Opinię znajdziecie również w serwisie:

biblionetka_logo1

Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci