Menu

Książki mojej siostry

O strachach na Bródnie czyli "Domofon" Zygmunta Miłoszewskiego

milvanna

Domofon, debiut Zygmunta Miłoszewskiego, chciałam przeczytać od dawna. Zakochałam się w Szackim, tfu, trylogii o Szackim, więc sięgnięcie po inne książki autora uważam za obowiązkowe, nawet jeśli jakoś tak odracza się to w czasie. Dodatkowo koleżanka z pracy zachwalała i mówiła, że po lekturze ludzie boją się wchodzić do klatki schodowej w swoim bloku. Skoro zatem mieszkam w warszawskim wieżowcu z domofonem i windą, do której i tak nie pałam miłością, logicznym było sięgniecie po powieść, która tylko może spotęgować moje leki. No przecież.

domofon

Od razu podkreślę, ze Domofon nie jest tym, czego się spodziewałam. Otóż sięgając po niego, byłam pewna, że zabieram się za kolejny nieźle skrojony kryminał czy thriller. Tak, żyłam chyba przez kilka lat pod jakimś kamieniem i nie zorientowałam się, że Miłoszewski zaczął od napisania horroru. Jego akcję umiejscowił  w bródnowskim wieżowcu, w którym zaczynają dziać się rzeczy niezwykłe i przerażające. Młode małżeństwo w dniu  przeprowadzki do stolicy, do swojego własnego malutkiego mieszkanka, zastaje na klatce schodowej scenę makabryczną, w której główne role grają winda, chłopak mieszkający w bloku podzielony na dwie części (czyli głowę i resztę) oraz masa krwi. No nie najlepszy początek, nie najlepszy. Pojawia się policja, w tym Oleg Kuzniecow, znany również czytelnikom Uwikłania, kolejni sąsiedzi a wszystko zaczyna się komplikować. Co jakiś czas narracja jest przerywana zapisami rozmów pomiędzy mieszkańcami, które toczą się gdzieś w okolicach domofonu właśnie.  Wśród sąsiadów zawiązuje się  mały komitet złożony z dziennikarza-alkoholika, nastolatka i nowej lokatorki, który próbuje zrozumieć sytuację, w której wszyscy się znaleźli, i uratować jak najwięcej osób. Kluczem może być opowiedziana przez tajemniczego mieszkańca dawno zapomniana historia pewnej zbrodni.

Każdy z mieszkańców bloku ma swoją przeszłość, sytuację życiową i, co najważniejsze w kontekście fabuły, lęki. Każdy z nich ma coś na sumieniu. Ich historie i osobowości, poza tą dziennikarza, głównego bohatera, nie są wyjątkowo rozbudowane. Wydaje mi się to dość logiczne, bo gdyby Miłoszewski zdecydował się na inny zabieg, mnogość postaci doprowadziłaby do chaosu i rozmycia się akcentów w powieści. Sama fabuła z kolei nie jest może jakaś wyjątkowo skomplikowana, a niektóre motywy są raczej dobrze znane fanom gatunku, ale książkę czytało mi się dość, hm, przyjemnie. Miłoszewski zdaje się świadomie bawić dobrze znanymi już tropami, przez co, na szczęście, podczas lektury odczuwałam jednak pewną świeżość.

Mój główny problem z książką wynikał niestety z mojego braku przygotowania, czyli założenia, że biorę do ręki kryminał. Widzicie dopóki myślałam, że czytam o czymś, co rzeczywiście może się wydarzyć, czułam spory niepokój. Należę do osób, które nie czują się zbyt pewnie wchodząc do klatki schodowej z kimś nieznanym, omijają piwnice szerokim łukiem, a do drżenia serca doprowadzają je nawet uchylone drzwi prowadzące do niej. Jednak kiedy okazało się, że w całą intrygę zamieszane są siły nadprzyrodzone, zemsty z zaświatów i bliskość cmentarza, moje zainteresowanie delikatnie zmalało, a strach zniknął całkowicie. Należy jednak przyznać, że w Domofonie nie straszą najbardziej upiory czy demony. Przyczyną najgłębszych lęków są przeżyte traumy czy krzywdy wyrządzone innym, które mogą doprowadzić do szaleństwa, nawet jeśli są zepchnięte głęboko do podświadomości. I to, przyznaję, jest przerażające.

O lewackiej księżniczce w cyklu "Królowa Tearlingu" Eriki Johansen

grendella

Literatura fantasy ma to do siebie, że przetwarza motywy wykorzystane znacznie wcześniej. Cofać by się tu można do mitologii, baśni, epiki heroicznej, romansu rycerskiego, powieści awanturniczej – to tam spotkamy archetypowych herosów, łotrzyków, czy rycerzy zabijających smoki i zdobywających serca eterycznych księżniczek. Tam też można doszukiwać się toposów tak często występujących w fantasy - walki dobra ze złem, wyprawy inicjacyjnej, ofiary bohatera, by ocalić świat, magii, fantastycznych istot. To one (w różnych jednakże proporcjach) inspirowały Roberta E. Howarda, C.S. Lewisa i J.R.R. Tolkiena. Ci z kolei inspirowali kolejnych twórców, którzy albo podążali utartymi szlakami, albo zbaczali z głównej drogi i wydeptywali sobie inną ścieżkę. I tak to sobie trwa, powiedziałabym, aż do dziś. Różne to ścieżki, ale większość z nich wyznaczali panowie – pisarze o mniejszym lub większym talencie – zaludniający (co mnie naprawdę nie dziwi) swoje powieści białymi bohaterami płci męskiej. I choć kobiety się w tych powieściach pojawiały, to rzadko stawały się głównymi bohaterkami. A nawet jeśli bywały dla akcji kluczowe, to nieczęsto poznawaliśmy świat i akcję z ich perspektywy. Taki mieliśmy klimat.

Jak wiadomo, klimat się jednak zmienia. Niektórzy, w tym wydawnictwa, zauważają, że kobiety stanowią jakieś pięćdziesiąt procent populacji i że również po fantasy sięgają. A skoro tak, to przydadzą się książki, w których bohaterki będą bardziej przekonujące, aktywne i sprawcze. Mam jednak wrażenie, śledząc przeróżne internetowe dyskusje* i słuchając własnych studentów płci obojga, że literatura fantasy, w której główną rolę gra kobieta, postrzegana jest nieco inaczej – a mianowicie, jako kierowana właściwie tylko do kobiet. Z kolei powieści z bohaterem męskim uznawane są za fantasy dla wszystkich. I ja mam z tym pewien problem. Bo widzicie, rozumiem, że kobiety mogą sobie wyłuskać z pisanej z męskiego punktu widzenia literatury tak zwany „przekaz ogólnoludzki”**. Tylko że naiwnie sądziłam, że w drugą stronę też to powinno działać. Tymczasem, okazuje się, że częściej chyba jednak nie działa.

I tak oto dochodzimy do cyklu Królowa Tearlingu Eriki Johansen, którego bohaterką jest Kelsea, księżniczka – po śmierci matki ukryta w chatce w dziczy i wychowana tam przez dwoje oddanych jej ludzi – która po ukończeniu dziewiętnastu lat ma wrócić do podupadłego nieco zamku i objąć należną jej z urodzenia władzę, pełnioną tymczasowo przez wujka, któremu do modelowego władcy daleko. Co też się dzieje. Przy czym okazuje się, że Kelsea, choć pełna ideałów, zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, w jakiej sytuacji znajduje się jej królestwo. Pierwsza część cyklu, Królowa Tearligu, koncentruje się na jej dorastaniu do roli władczyni i walce z dość demoniczną Czerwoną Królową, która jest wszystkim tym, czym Kelsea nie jest – kobietą piękną, narcystyczną, władczą, okrutną, i egoistyczną. W Inwazji na Tearling, drugim tomie, wojna nadal trwa, a Kelsea ma problemów jeszcze więcej niż w części pierwszej, ale pojawia się nowy, dość zaskakujący element - przedziwne wizje głównej bohaterki dotyczące czasów sprzed Przeprawy, w których przygląda się życiu nieznajomej kobiety o imieniu Lily. Łączy je jakaś przedziwna, niewyjaśniona przez dłuższą część narracji, więź . I choć w świecie Kelsea dzieje się wiele, to właśnie na te wizje ze świata Lily najbardziej czekałam.

krlowa_tearlingu

Wspomniałam o Przeprawie, bo to bodaj najciekawszy motyw cyklu. Nie chcę psuć zabawy, bo sposób i kolejność w jakiej podawane są informacje jest przemyślany, ale trudno ten wątek pominąć. Na początku mamy wrażenie, że przodkowie Kelsea po prostu przypłynęli z kraju, w którym działo się źle, na nowy kontynent, by stworzyć sobie lepszy świat. Podróż była trudna, pierwsze lata na nowym lądzie zapewne jeszcze trudniejsze, a główna akcja powieści toczy się parę pokoleń później. W pewnym momencie okazuje się jednak, że z czasów sprzed Przeprawy ocalało bardzo niewiele książek, między innymi Władca Pierścieni i seria o Harrym Potterze… I tu właśnie zaczęłam czytać z większym zainteresowaniem. Bo widzicie, mamy do czynienia z pseudo-średniowiecznym społeczeństwem, słabo rozwiniętym pod względem technologicznym, dziesiątkowanym przez głód i choroby, w którym codziennością są przemoc i śmierć. Tylko że okazuje się, że akcja nie jest umiejscowiona w zamierzchłej przeszłości lecz bliżej nieokreślonej przyszłości… Co poszło nie tak – zaczęłam sobie zadawać pytanie - że ludzkość zafundowała sobie średniowiecze po raz drugi?

I chyba głównie przez to pytanie sięgnęłam po tom drugi, który, co raczej niezwykłe, okazał się lepszy niż pierwszy. To właśnie w Inwazji na Tearling dowiadujemy się o tych czasach więcej i robi się mroczniej. Otóż, przed Przeprawą, ludzkość stworzyła sobie prawdziwie dystopijny koszmar, inspirowany i Rokiem 1984 George’a Orwella, i Opowieścią podręcznej Margaret Atwood. Kastowe społeczeństwo, wszechobecny monitoring, kobiety traktowane jak istoty niższej kategorii, czy wręcz własność swoich mężów – świat, w którym samodzielne myślenie jest przestępstwem. Autorka nie szczędzi brutalnych szczegółów, realistycznie opisując przemoc domową, gwałt małżeński, tortury. Z tego właśnie świata udaje się uciec starannie dobranej grupie ludzi pod wodzą charyzmatycznego lidera. A że w czasach, gdy świat stał się globalną wioską rządzoną przez korporacje nie sposób już stworzyć innego społeczeństwa, ucieczka staje się wyprawą do innej czasoprzestrzeni, w której można zacząć wszystko od nowa i zbudować lepszy świat, w którym nie będzie ani nierówności społecznych, ani rasowych, ani płciowych. A że się nie udało? No cóż, nie udało się Noemu po potopie, nie wyszło purytańskim Pielgrzymom, którzy na Mayflower wyruszyli do Ameryki, nie wypaliły idee socjalistyczne. Rzeczywistość Tearlingu to efekt kolejnej utopijnej próby naprawy świata, która znowu poszła nie tak. Dlaczego? Bo ludzie są jacy są i najwyraźniej nie uczą się na błędach.

inwazja_na_tearling

Taki to mało radosny wniosek nasuwa się po lekturze pierwszych dwóch tomów cyklu. Ale księżniczka Kelsea odziedziczyła ten przedziwny gen, który napędzał wszystkich reformatorów. Wierzy, że edukacja może uczynić cuda, nie wierzy za to, że cokolwiek dobrego może zdziałać kościół, z którym zupełnie jej nie podłodze. Wierzy, że rolą władczyni jest dążenie do poprawy losu zwykłych ludzi, a nie spełnianie własnych zachcianek. Wierzy, że dobra da się sprawiedliwiej redystrybuować, i że feudalno-kapitalistyczny system ekonomiczny w Tearlingu jest z gruntu zły. A na dodatek widzi, że sytuacja kobiet niewiele się zmieniła – bo widzicie w Tearlingu zakazana jest antykoncepcja, a za aborcję karze się śmiercią zarówno kobietę, która się jej poddała, jak i lekarza. Krótko mówiąc, Kelsea jest księżniczką dość lewacką. I zwyczajną, trochę zakompleksioną, dziewczyną o dość pospolitych (przynajmniej w jej oczach) rysach, nieco przy kości, bo lubi dobrze zjeść. Uczy się nie tylko władzy, ale i życia – po raz pierwszy się upija, po raz pierwszy kocha, po raz pierwszy musi się zmierzyć z presją społecznych oczekiwań. Wolałaby nie zmieniać systemu, tylko wieść normalne życie, ale niestety ktoś musi.

Królowa Tearlingu nie jest może cyklem, który będzie stanowił kamień milowy literatury fantasy. Jest w nim trochę łopatologii i uproszczeń, które mogą irytować. Ale jednak jest w nim również pewna świeżość, wynikająca ze zmiany rozmieszczenia akcentów. Z jednej strony można Erice Johansen zarzucać, że wykorzystuje ograne schematy, po prostu zastępując głównego bohatera bohaterką. Z drugiej już sam ten zabieg pewne schematy obala, bo wprowadza totalnie inną perspektywę. Inaczej gwałt i przemoc wobec kobiet wyglądają u G.R.R. Martina, a inaczej u Johansen, uwierzcie. Czy cykl o Tearlingu będzie potraktowany jako ta „słabsza” fantastyka dla kobiet, zapewne na dodatek „młodych”? Pewnie przez wielu tak. Dla mnie to świadomy ukłon w stronę dziewcząt, dziewczyn i kobiet, które fantastykę czytają i chciałyby być podmiotem - nie przedmiotem – opowieści. Świadczy o tym chociażby ta scena:

Przejrzała półki, w głębi duszy wiedziała jednak, że nie znajdzie prawdziwych książek przygodowych, które nie miałyby męskiego bohatera. Przebiegła palcem po dolnej półce i znalazła oprawiony w zieloną skórę tom ze złotym toczeniem na grzbiecie. Wyjęła książkę i podała ją Aisie.

- Nie ma w niej dziewczyn. Ale jeśli Ci się spodoba, to w drugiej części występuje żeńska postać” (Królowa Tearlingu, str. 312)

Zgadniecie o jaką książkę tu chodzi?

 ---

 * Proszę mnie nie prosić o konkretne cytaty, bo wybaczcie, ale nie będę robić głębokiego riserczu, jako że mam inne risercze na głowie. Pamiętam, na przykład, że śledziłam kiedyś dyskusję na temat Gildii Magów Trudi Canavan. Generalnie zgadzam się, że cykl ma wady i do ideału mu sporo brakuje, ale nie jest to też totalna szmira, do której przeczytania wstyd się przyznawać.

** Bywa trudno. Uwielbiałam książki o Tomku Wilmowskim, ale dzielnych dziewczynek naprawdę mi w nich brakowało.

---

Opinię znajdziecie również w serwisie:

biblionetka_logo1

Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Londyn na bogato, czyli "Hanging Tree" Bena Aaronovitcha

milvanna

Kiedy wybrałyśmy się z Grendellą w sierpniu do Londynu, do ostatniego dnia przed wylotem nie miałyśmy jakoś jasno sprecyzowanych planów turystyczno-rekreacyjnych. Kilka pewników miałyśmy jednak na liście, a oprócz spędzenia czasu z siostrą cioteczną, wizyty u Harry’ego Pottera (czyli w studiu Warner Bros – serio, polecamy gorąco) i Poskromienia złośnicy w Globe, na jej czoło trafiło odnalezienie Folly, do czego, jak łatwo się domyśleć, zainspirował nas Ben Aaronovitch i moje nieskończona miłość do Petera Granta. Tak więc pojechałyśmy na Russell Square, uzbrojone w nasze ledwie łapiące zasięg telefony, których używałyśmy głównie do porównywania zdjęć domniemanego Folly z opisami i otaczającymi nas budynkami. Efekt był taki, że chodziłyśmy jak potłuczone wśród mediów i policjantów, gdyż kilkanaście godzin wcześniej dokładnie tam nożem zaatakowano kobietę. W ten oto sposób znalazłyśmy się prawdopodobnie w każdych wiadomościach tego popołudnia. A co do budynku pełnej pewności nie mamy do tej pory. Za Folly uznałyśmy ten:

WP_20160804_008_21

Chyba.

Przyznam szczerze, że dobrze, że pojechałyśmy w naszą podróż zanim przeczytałyśmy kolejną część cyklu, ponieważ wakacyjne wspomnienia pomogły mi w cierpliwym oczekiwaniu na książkę. W Hanging Tree Peter Grant (och, Peter)  odkrywa przed nami kolejną twarz miasta. Poznajemy bogaty Londyn, pełen ekskluzywnych mieszkań, drogich samochodów i nieco rozpieszczonych dzieci. Wszystko za sprawą córki Lady Ty, czyli wnuczki Mamy Tamizy, która wplątuje się w niemałą aferę, w której główne role grają narkotyki i śmierć zamożnej nastolatki. Wpływowa Lady Ty przypomina zatem Peterowi, że nie tak dawno uratowała mu skórę, więc czas najwyższy, by odpłacił się podobną przysługą i pomógł udowodnić niewinność jej córki. Intryga okazuje się oczywiście bardziej skomplikowana, niż można było początkowo zakładać, a wydarzenia okazują angażują bliższych i dalszych znajomych. Przez dalszych rozumiem tu na przykład agentkę FBI zza oceanu, którą poznaliśmy już wcześniej, przez bliższych – Lesley May i Człowiek bez Twarzy, który, o dziwo, też zostawia ślady i można go odnaleźć. Przy czym lepiej nie robić tego na własną rękę. Do tego, w obiegu pojawia się wyjątkowo cenna księga, na której magiczne łapki chcą położyć nie tylko pracownicy londyńskiej jednostki specjalnej i ich największy wróg, ale też kolejni, nowi bohaterowie.

hanging_tree

Zaczynając od wad powieści, chociaż używam określenia „wada” nieco na wyrost, muszę zaapelować: Panie Aaronovitch, daj mi pan więcej Nightingale’a! Nie mów mi, że on gdzieś tam toczy jakiś pojedynek, tylko mi tę walkę pokaż, bo niewiele rzeczy mogło mnie ucieszyć w tym miesiącu tak, jak potężny mag pokazujący Tym Złym, gdzie jest ich miejsce w szeregu. Kolejna rzecz, której mi brakowało, to dowcip. Nie znaczy to, że Hanging Tree jest nudne i poważne. Jednak nie wywoływało we mnie tylu parsknięć i głośnych chichów, co poprzednie części.

Co mi się natomiast podobało, to fakt, że magiczny świat Londynu staje się coraz szerszy. Aaronovitch udziela czytelnikowi odpowiedzi na wiele postawionych wcześniej pytań, pokazuje powiązania pomiędzy bohaterami, zależności i zażyłości. To nie są jednostki rzucone w jakąś próżnię, lecz postaci budujące całą magiczną społeczność – nie tylko teraz, ale też w przeszłości. Widzę w tych relacjach sens i pewną logikę, co zawsze jest w cenie. Cieszy mnie rozbudowanie relacji Petera z Sahrą Guleed, potencjalną gwiazdą londyńskiej policji, dziewczyną bystrą, z którą główny bohater tworzy doskonały duet. Mam nadzieję, że nie awansuje zbyt szybko i zostanie z Grantem na dłużej. Zasłużył chłopak na dobrą koleżankę, zwłaszcza, że wcale nie pogodził się z tym co stało się z Lesley.

Odkąd hurtem przeczytałam trzy pierwsze części cyklu, przy każdej kolejnej powieści na początku towarzyszy mi lekki niepokój, że może Aaronovitch nie sprosta moim oczekiwaniom i zafunduje mi rozczarowanie. Chyba muszę się z tego w końcu wyleczyć. Stresuję się tylko bez sensu, dodając memu licu kolejnych zmarszczek, a wszystko i tak kończy się dobrze. Oddechem ulgi, satysfakcją i radością. No i jeszcze odrobiną smutku, że trzeba będzie czekać na kolejną książkę.

Zbrodnia nie tylko serialowa, czyli o "Making a murderer"

milvanna

Jakiś czas temu odkryłam serwis NETFLIX*. Powiedzmy, że dalej go testuję  i ciągle zastanawiam się, czy chcę zainwestować w niego moje ciężko zarobione pieniądze. Nie będę tu jednak rozważać, czy oferuje on wiele, niewiele, czy koszt jest adekwatny do zawartości. Natknęłam się tam ostatnio na coś o czym głośno było na początku ubiegłego roku (tak, wiem, wyznaczam trendy), a mianowicie na serial dokumentalny Making a murderer. I jest to historia, która mnie zmiażdżyła.

murderer

Dzięki reżyserkom, Laurze Riccardi i Moirze Demos, poznajemy ciężką historię rodziny Averych, właścicieli złomowiska w Monitowoc, gdzieś w Wisconsin. Funkcjonują trochę z boku, nie angażując się w życie społeczności. Nie do końca pasują do mieszkańców. Pewnie rodzina jakich w USA wiele i nigdy nie usłyszelibyśmy o nich, gdyby nie Steven. Otóż 22-letni Steven zostaje skazany na za napaść na tle seksualnym, przestępstwo, którego nie popełnił, co podkreśla na każdym kroku. Mimo alibi, trafia do więzienia na ponad trzydzieści lat. I dalej twierdzi, że jest niewinny. W końcu wychodzi po osiemnastu latach, uniewinniony, dzięki rozwojowi technologii i możliwości zbadania na nowo próbek DNA. Walczy o ponad o ponad trzydzieści milionów odszkodowania. Po dwóch latach znika Teresa Halbach, młoda fotografka, która znała Stevena. I tym razem Avery zostaje oskarżony o popełnienie kilku zbrodni, w tym morderstwo. Słusznie?

Okres od uniewinnienia Stevena do kolejnego procesu, jego przebiegu i zakończenia, śledzimy dość dokładnie. Mamy nagrania rozmów telefonicznych z więzienia, proces, zapis policjantów przesłuchujących podejrzanych (używam tu liczby mnogiej, bo o współudział oskarżony zostaje również nastoletni siostrzeniec Stevena). Widzimy działania policji, prokuratury i adwokatów, przy czym nie są one wspomnieniami a zapisem wydarzeń z okresu 10 lat - to właśnie tyle czasu reżyserki spędziły pośród członków klanu Averych. Dostajemy więc szansę, by przyjrzeć się temu, jak może działać ogromna machina systemu sprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych. Otóż może nie działać. Przyznając nawet, że dokument nie jest na pewno w pełni obiektywny, łatwo zobaczyć jak wiele działań policji i prokuratury nie przebiegało tak, jak powinny. Czy, na przykład, nie powinien budzić chwili zastanowienia dowód, który został odnaleziony po kilku dniach przeszukiwania domu podejrzanego? Dodajmy, że leżał on w zasadzie „na widoku”, a jako pierwszy podniósł go policjant zamieszany w poprzednią sprawę Stevena. Czy nie dziwi lub nie oburza przesłuchiwanie nastoletniego, mocno ograniczonego w rozwoju chłopaka, któremu nie towarzyszy ani matka, ani, co ciekawsze, adwokat? Przy czym, umówmy się, nie jestem specjalistką od procedur, ale nawet mi niektóre błędy wydają się niewybaczalne.

makina_a_murderer

To właśnie między innymi przez te błędy pojawiają się więc wątki, dość liczne zresztą, które sprawiają, że historia Stevena Avery’ego i jego rodziny jest przerażająca. To chyba dlatego, że możliwe są tu tylko dwa rozwiązania. Pierwsze jest proste: Steven nie jest mordercą. Nie zabił; po raz kolejny został oskarżony o zbrodnię, której nie popełni; po raz kolejny został oszukany przez władzę, policję, prokuraturę, cały system sprawiedliwości. Do dziś zresztą przekonani są o tym dogłębnie jego byli adwokaci. Nie ma nic poza coraz starszymi rodzicami, zszarganą reputacją i zniszczonym życiem, a prawdziwy zbrodniarz ciągle pozostaje na wolności. Drugie też jest proste: Steven jest mordercą. Mordercą, który zyskał popularność, wsparcie rzeszy odbiorców serialu, organizacji, prawników. Jednocześnie rodzina Teresy musi przeżywać koszmar na nowo. Zrobiliśmy sobie z zabójcy symbol bezduszności państwowych struktur i niesprawiedliwości. Mam wrażenie, że oba scenariusze są okropne i winę za tę sytuację ponosi kulawy system.

Tak naprawdę, jak kończy się historia, można szybko sprawdzić w sieci. Można też sprawdzić, że reżyserki pomijają niektóre fakty lub przedstawiają je jako nie do końca ważne. Sprawa natomiast toczy się dalej i jest na tyle poruszająca, że spędziłam już dobrą godzinę, opowiadając Grendelli z czego wynika moje rozdarcie. Bo sama nie wiem, czy widzę w Stevenie ofiarę czy kata.

 

 

*Tak, zdaję sobie sprawę z faktu, że mogę być jedną z ostatnich osób, które ciągle sprawdzają NETFLIXa. No, jest jeszcze Grendella.

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci