Menu

Książki mojej siostry

Oglądamy

Zbrodnia nie tylko serialowa, czyli o "Making a murderer"

milvanna

Jakiś czas temu odkryłam serwis NETFLIX*. Powiedzmy, że dalej go testuję  i ciągle zastanawiam się, czy chcę zainwestować w niego moje ciężko zarobione pieniądze. Nie będę tu jednak rozważać, czy oferuje on wiele, niewiele, czy koszt jest adekwatny do zawartości. Natknęłam się tam ostatnio na coś o czym głośno było na początku ubiegłego roku (tak, wiem, wyznaczam trendy), a mianowicie na serial dokumentalny Making a murderer. I jest to historia, która mnie zmiażdżyła.

murderer

Dzięki reżyserkom, Laurze Riccardi i Moirze Demos, poznajemy ciężką historię rodziny Averych, właścicieli złomowiska w Monitowoc, gdzieś w Wisconsin. Funkcjonują trochę z boku, nie angażując się w życie społeczności. Nie do końca pasują do mieszkańców. Pewnie rodzina jakich w USA wiele i nigdy nie usłyszelibyśmy o nich, gdyby nie Steven. Otóż 22-letni Steven zostaje skazany na za napaść na tle seksualnym, przestępstwo, którego nie popełnił, co podkreśla na każdym kroku. Mimo alibi, trafia do więzienia na ponad trzydzieści lat. I dalej twierdzi, że jest niewinny. W końcu wychodzi po osiemnastu latach, uniewinniony, dzięki rozwojowi technologii i możliwości zbadania na nowo próbek DNA. Walczy o ponad o ponad trzydzieści milionów odszkodowania. Po dwóch latach znika Teresa Halbach, młoda fotografka, która znała Stevena. I tym razem Avery zostaje oskarżony o popełnienie kilku zbrodni, w tym morderstwo. Słusznie?

Okres od uniewinnienia Stevena do kolejnego procesu, jego przebiegu i zakończenia, śledzimy dość dokładnie. Mamy nagrania rozmów telefonicznych z więzienia, proces, zapis policjantów przesłuchujących podejrzanych (używam tu liczby mnogiej, bo o współudział oskarżony zostaje również nastoletni siostrzeniec Stevena). Widzimy działania policji, prokuratury i adwokatów, przy czym nie są one wspomnieniami a zapisem wydarzeń z okresu 10 lat - to właśnie tyle czasu reżyserki spędziły pośród członków klanu Averych. Dostajemy więc szansę, by przyjrzeć się temu, jak może działać ogromna machina systemu sprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych. Otóż może nie działać. Przyznając nawet, że dokument nie jest na pewno w pełni obiektywny, łatwo zobaczyć jak wiele działań policji i prokuratury nie przebiegało tak, jak powinny. Czy, na przykład, nie powinien budzić chwili zastanowienia dowód, który został odnaleziony po kilku dniach przeszukiwania domu podejrzanego? Dodajmy, że leżał on w zasadzie „na widoku”, a jako pierwszy podniósł go policjant zamieszany w poprzednią sprawę Stevena. Czy nie dziwi lub nie oburza przesłuchiwanie nastoletniego, mocno ograniczonego w rozwoju chłopaka, któremu nie towarzyszy ani matka, ani, co ciekawsze, adwokat? Przy czym, umówmy się, nie jestem specjalistką od procedur, ale nawet mi niektóre błędy wydają się niewybaczalne.

makina_a_murderer

To właśnie między innymi przez te błędy pojawiają się więc wątki, dość liczne zresztą, które sprawiają, że historia Stevena Avery’ego i jego rodziny jest przerażająca. To chyba dlatego, że możliwe są tu tylko dwa rozwiązania. Pierwsze jest proste: Steven nie jest mordercą. Nie zabił; po raz kolejny został oskarżony o zbrodnię, której nie popełni; po raz kolejny został oszukany przez władzę, policję, prokuraturę, cały system sprawiedliwości. Do dziś zresztą przekonani są o tym dogłębnie jego byli adwokaci. Nie ma nic poza coraz starszymi rodzicami, zszarganą reputacją i zniszczonym życiem, a prawdziwy zbrodniarz ciągle pozostaje na wolności. Drugie też jest proste: Steven jest mordercą. Mordercą, który zyskał popularność, wsparcie rzeszy odbiorców serialu, organizacji, prawników. Jednocześnie rodzina Teresy musi przeżywać koszmar na nowo. Zrobiliśmy sobie z zabójcy symbol bezduszności państwowych struktur i niesprawiedliwości. Mam wrażenie, że oba scenariusze są okropne i winę za tę sytuację ponosi kulawy system.

Tak naprawdę, jak kończy się historia, można szybko sprawdzić w sieci. Można też sprawdzić, że reżyserki pomijają niektóre fakty lub przedstawiają je jako nie do końca ważne. Sprawa natomiast toczy się dalej i jest na tyle poruszająca, że spędziłam już dobrą godzinę, opowiadając Grendelli z czego wynika moje rozdarcie. Bo sama nie wiem, czy widzę w Stevenie ofiarę czy kata.

 

 

*Tak, zdaję sobie sprawę z faktu, że mogę być jedną z ostatnich osób, które ciągle sprawdzają NETFLIXa. No, jest jeszcze Grendella.

"Jessica Jones", czyli zróbmy serial o superbohaterce.

milvanna

Nie wiem jak jest w Waszych zakątkach Internetów. Mój jest w zasadzie bardzo przyjemnym miejscem. Dużo w nim kotów, tolerancji, miłości dla ludzi uzależnionych od tych samych filmów i zakochanych w tych samych książkach. Od dawna jest też pełen rozmyślań i oburzenia dotyczących braku kasowych produkcji, w których pierwsze skrzypce grałaby kobieta. Bo przecież mamy Czarną Wdowę, która potrafiłaby dokopać porządnie każdemu złoczyńcy, ale jakoś do tej pory nie doczekała się własnego filmu. No więc gdzieś w międzyczasie pojawił się serial poświęcony cudownej agentce Peggy Carter (polecam) oraz Supergirl (nie sprawdzałam). Oba stały się kolejnymi argumentami na to, że, a jakże, da się nakręcić coś o suberbohaterkach czy kobietach z ponadprzeciętnymi umiejętnościami co może spodobać się wszystkim i raczej kasy się na tym nie straci. Całkiem niedawno Netflix dał światu kolejną po Daredevilu opowieść dziejącą się w Hell’s Kitchen. Mówię, oczywiście, o Jessice Jones, którą chciałam zacząć oglądać w poprzednią sobotę. I tak, trzynaście godzin później, miałam już z głowy cały sezon.

jessica_jones1

Muszę powiedzieć, że chociaż Daredevil (historia o niewidomym prawniku, który za dnia prowadzi swoją kancelarię, a nocą próbuje rozprawiać się z przestępcami) zachwycił mnie wyjątkowo, Jessice udało się do niego bardzo zbliżyć. Jessica nie jest klasyczną superbohaterką. Owszem, w wyniku wypadku, w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach, zdobyła dwie moce: stała się ponadprzeciętnie silna i potrafi skakać niezwykle wysoko. Próbowała nawet przez chwilę ratować świat. Widz jednak poznaje ją jako wybitną prywatną detektyw, która ma wyraźny problem z alkoholem i, no cóż, raczej nie jest zbyt przyjemna dla ludzi. Czy zawsze taka była? Chyba nie aż taka. Któregoś dnia spotkała na swojej drodze przystojnego Brytyjczyka, Kilgrave’a, który wykorzystał ją, jej moc i, nie ukrywajmy, zrujnował jej życie. Straumatyzowana Jessica Jones, walcząc ze swoimi lękami i próbując uratować innych przed losem, który ją spotkał, decyduje się na walkę ze złoczyńcą.

Krysten Ritter, czyli tytułowa Jessica Jones, którą znałam głównie z Gilmore Girls i jakichś epizodów filmowych, ze swoim bladym licem, wielkimi oczami i czarnymi włosami, doskonale pasuje do roli wyobcowanej dziewczyny z mroczną przeszłością, która odcina się od bliskich a pracuje chyba głównie dlatego, żeby mieć pieniądze na alkohol. Jednocześnie jest bardzo silna (nie tylko fizycznie), sprytna i inteligentna. Jest w niej też coś ludzkiego, chociażby to, że zapija swoje problemy. Albo zapomina o podłączeniu telefonu do ładowania. No i, tak naprawdę, szczerze troszczy się o innych, zwłaszcza tych, którzy są jej bliscy. Chcecie przykładu? Bardzo proszę. Wystarczy spojrzeć na jej relację z najlepszą przyjaciółką, Trish. Dziewczyny dorastały razem. Trish była wtedy gwiazdą telewizyjnego programu dla dzieci, a jej matka postanowiła przygarnąć pod swój dach osieroconą nastolatkę. Uznała to zwyczajnie za niezłe posunięcie PR-owe. Już wtedy, Jessica nie pozwoliła kobiecie na to, by znęcała się nad swoją córką i wykorzystywała ją. To dzięki niej Trish mogła wyzwolić się spod jej władzy.

TrishWalkerJessica i Trish. Best Friend Forever.

Skoro już przy Trish (Rachael Taylor) jesteśmy, to nie dajcie się zwieść jej wyglądowi. Jasne, jest klasycznie piękną blondynką i wydawać by się mogło, że będzie bezbronnym dziewczęciem, prawda? Otóż nie. Trish broni tego, co dla niej ważne i potrafiłaby skopać cztery litery każdemu, kto chciałby ją skrzywdzić. Po coś w końcu ćwiczy tę krav magę. Warto zauważyć, że Jess i Trish to nie jedyne kobiece postacie w serialu. A raczej nie jedyne, które mają do roboty coś więcej niż wyglądanie. Kluczową dla historii postacią jest też pani adwokat, Jeri Hogarth grana przez Carrie-Anne Moss, zimna kobieta sukcesu, która nie bawi się w sentymenty, a której działania, celowe lub nie, wpływają znacznie na przebieg historii. Nie można też zapomnieć o Hope (Susie Abromeit znana mi z Królów lata), czyli ofierze Kilgrave’a, której tragedia determinuje działania Jessiki. Mimo że Hope nie dostaje w serialu wyjątkowo dużo czasu, chyba każda scena z nią zapada w pamięć (przynajmniej w moim przypadku). Dziewczyna przechodzi sporą przemianę, wychodzi z roli ofiary i ostatecznie sama decyduje o własnym losie.

Wracając jednak do głównej bohaterki, to ma ona dużo powodów, żeby nie przepadać za światem. Najpierw jej rodzina zginęła w wypadku samochodowym. Po wielu latach natomiast dostała się pod władze psychopatycznego Kilgrave’a (fantastyczny David Tennant), który potrafi panować nad umysłami innych.

kilgraveKilgrave. Psychopata o nienagannym stylu.

Ach, Kilgrave. Czarujący, bezwzględny i przerażający. To doskonały Zły, chyba najlepszy ze wszystkich produkcji Marvela, które widziałam do tej pory. Zasługą Tennata jest niewątpliwie to, że momentami szczerze współczułam kreowanej przez niego postaci. Biedny Kilgrave, myślałam, jego rodzice nie byli dla niego mili a on przecież sam już nie wie, kiedy ludzie robią coś, bo chcą, a kiedy, bo on im każe. Na chwilę uległam jego urokowi. Przecież na tym polega jego siła, potrafi manipulować człowiekiem. Należy jednak pamiętać, że to zwyrodnialec. Może twierdzić, że Jessica to jego miłość. Może twierdzić nawet, że przecież nie zmuszał jej do wszystkiego, że zostawiał jej chwile, w których mogła podjąć decyzję o odejściu. Czy można winić Jessikę za to, że została? Czy nie tak często zachowują się ofiary przemocy domowej? Zależność od Kilgrave’a była tak mocna, że kobieta znosiła gwałty i zło do momentu, w którym zmusił ją do zrobienia czegoś niewybaczalnego. Wtedy pękła. I mogła spróbować wrócić do swojego życia.

jess_kilgrave

Jessica Jones nie jest serialem bez wad. Można się zastanawiać, jak to możliwe, że Jessica nie słyszała nigdy o Daredevilu, w końcu działają w tej samej dzielnicy. Według mnie to jednak drobiazgi, o których się zapomina. Serial jest bardzo, bardzo dobry. Najbardziej chyba urzekł mnie fakt, że i kobiety, i mężczyźni są wyraziści, prawdziwi. Postacie, po prostu, bez względu na to, czy są dobre czy złe, czy są kobietami czy mężczyznami, są porządnie napisane. Co, moim zdaniem, jest dowodem na to, że da się zrobić serial lub film o superbohaterce. O kobiecie, która nie jest dodatkiem i jej głównym zadaniem nie jest ratowanie tego Prawdziwego Superbohatera. A taka produkcja może okazać się sukcesem.

Herbatka z królową, czyli "Audiencja" (The Audience)

grendella

Od 60-ciu lat zgodnie z tradycją co wtorek Królowa Elżbieta II przyjmuje na prywatnej audiencji w Pałacu Buckingham premiera Wielkiej Brytanii, by omówić bieżące sprawy polityczne. Stojąc ponad podziałami i zachowując milczenie, królowa przetrwała upadek kolonialnego imperium, zimną wojnę, liczne skandale dotyczące rodziny królewskiej. Premierzy, a było ich do tej pory dwunastu, nie mieli szansy politycznych turbulencji przetrwać. Najdłużej urzędująca w XX wieku Margaret Thatcher przewodziła Brytyjczykom 11 lat. O spotkaniach wiadomo tyle, że się odbywają. Ich przebieg i treść pozostają tajne. I może właśnie dlatego pobudzają wyobraźnię i prowokują do zadania sobie pytania, jak naprawdę mogą wyglądać.

The_Audience_poster

Audiencja (The Audience) - sztuka Petera Morgana, mająca premierę w Londynie, przeniesiona również na Broadway, a nam dostępna dzięki projektowi National Theatre Live, realizowanemu w Polsce przez British Council i Multikino – to właśnie wariacja na temat tych spotkań. Różne audiencje, różni premierzy o różnych typach osobowości, różne wydarzenia polityczne i społeczne, jedna królowa. Dla nie-Brytyjczyka, słabo orientującego się w historii wysp i Wspólnoty Narodów, mogłoby być nudno. A jednak nie jest, z kilku powodów.equerry

Geoffrey Beavers z akcentem bardziej brytyjskim niż akcent Królowej tłumaczy nam to, co wiedzieć musimy. I choć wie o Królowej więcej niż przeciętny śmiertelnik, z pieczołowitością opowiada o meblach, które ją otaczają. I każda zmiana obicia fotela, każdy nowy elektryczny grzejnik są jednocześnie symbolem trwania i adaptacji do nowych czasów.

Po pierwsze, sztuka zrywa z chronologią wydarzeń. Rozpoczyna się od spotkania z rozedrganym Johnem Majorem (Paul Ritter), którego rządowi pali się grunt pod nogami, za chwilę cofamy się do Winstona Churchilla (Edward Fox), który nie spodziewa się, że młoda królowa będzie sumiennie przeglądać wszystkie papierzyska, potem znowu przeskakujemy do przodu. Premierzy przychodzą i odchodzą, królowa jest zawsze na miejscu. Jest stałą, a jednocześnie nieustannie się zmienia, bo przecież raz widzimy kobietę w średnim wieku, innym razem młodą dziewczynę oczekującą na koronację, a za chwilę damę-staruszkę, która niespodziewanie zapada w drzemkę podczas rozmowy. Te przemiany, łącznie ze zmianą kostiumów, zachodzą najczęściej na scenie i trwają dosłownie chwilę. Moi współoglądacze narzekali trochę, że przez to, że nie oglądamy sztuki na żywo nie możemy dokładniej się przyjrzeć samemu procesowi, ale sądzę, że i w teatrze musiał być prawie niezauważalny. Magia teatru level expert.

 queen_old_and_young

Królowa oficjalna i królowa jako dziewczynka, która się jeszcze buntuje, że nie może mieć normalnego życia.

Po drugie, czapki i wianki z głów przed Helen Mirren, której aktorstwo w tej sztuce rzuciło mnie na kolana. Spodziewałam się, że to będzie świetna rola, bo Mirren była przecież niesamowita w Królowej (również Petera Morgana zauważcie). Ale to, co aktorka robi w tej sztuce, zaskoczyło mnie. Na naszych oczach zmienia się z młodej dziewczyny w staruszkę, ze staruszki w czterdziestolatkę. I nie jest to po prostu wynikiem zmiany kostiumu czy fryzury (choć i one się oczywiście zmieniają), trwająca sekundy metamorfoza sięga o wiele głębiej. Zmienia się głos i mimika aktorki, zmienia się sposób poruszania, postawa i gesty, zmienia się nawet jej spojrzenie. Mirren po prostu jest Elżbietą i chyba mogłaby ją zastępować na państwowych uroczystościach, gdyby prawdziwa królowa zachorowała na grypę (co jest mało prawdopodobne, bo królowa nie rezygnuje przecież z tak błahych powodów z wypełniania swoich obowiązków).

queen_and_thatcherReprymendę należy znieść z godnością. Premierzy przychodzą i odchodzą.

Po trzecie, sztuka skrzy się od dowcipu i jednocześnie zmusza do refleksji. Bo przecież żaden premier nie wygrywa żadnych wyborów, przegrywa tylko jego poprzednik. Bo przecież polityka nie jest zabawą dla przesadnie szczerych chłopców i dziewczynek lecz nieustającą grą z wyborcami. Bo przecież wiele pragmatycznych decyzji rządu ma niewiele wspólnego z pojmowanym w kategoriach moralnych dobrem. A dowcip? Och, mnóstwo było zabawnych momentów. Jak choćby dygająca w przerysowany sposób Margaret Thatcher, czy pojawiające się na scenie psy, które rzeczywiście kradną show, nawet samej Helen Mirren. Świetne są dialogi, w których królowa ciętą ripostą gasi premierów, jak choćby ten:

John Major: 'I only ever wanted to be ordinary."
Her Majesty: "Well, in which way do you consider you have failed in that ambition?"

krlowa

Doprawdy, Panie Premierze? Co też Pan nie powie?

Po czwarte, wizja monarchini jest niezwykle spójna i sugestywna. Tak przekonująca, że na czas spektaklu zapominamy, że tak naprawdę o prywatnej twarzy królowej wiemy niewiele, pomimo że ciągle widzimy ją w mediach. Elżbieta II w Audiencji to królowa doskonale zorientowana w sytuacji politycznej, inteligentna i pracowita, która faktycznie niewiele może. Kobieta, która sumiennie wykonuje powierzone sobie obowiązki, zgodnie z duchem czasu rezygnuje z przywilejów, a poświęcenie traktuje jako naturalny obowiązek. Jest też po prostu bardzo ludzka. Jako monarchini w kosztownej sukni i tiarze pozuje do oficjalnych zdjęć, a za chwilę podaje wzruszonemu swym losem premierowi własną chusteczkę, kiedy indziej klęka i modli się, gdy nikt nie widzi, drży na myśl o spotkaniu z rozjuszoną premier Thatcher, bo wie, że się jej „dostanie” za przekazanie własnego stanowiska, niezgodnego ze stanowiskiem rządu, do prasy. Bywa chłodno królewska, bywa najzupełniej „normalna”. Korona nie przeszkadza jej pamiętać, że wychodząc z pokoju należy wyłączyć światło. To atrakcyjna wizja, sprawiająca, że królowa jawi się nie jako boży pomazaniec (w to przecież w XXI wieku nie uwierzymy), ani nawet nie jako zimna, oderwana od rzeczywistości arystokratka, lecz bardziej jako racjonalnie myśląca szkocka gospodyni, dbająca o porządek w swoim domu, który, tak się akurat składa, jest nieco większy niż dom przeciętnej Szkotki. I chyba właśnie dlatego, że widzimy bardzo ludzką kobietę, która musiała podporządkować marzenia o normalnym życiu swojej publicznej roli – rozdźwięk podkreślany jeszcze bardziej w scenach gdy na scenie pojawia się młodziutka Nell Williams jako 11-letnia Elżbieta – wizja królowej w Audiencji tak bardzo do nas przemawia.

queen_and_wilson

 

Czy Królowa rzeczywiście tańczyła szkocki taniec przy swoim ulubionym premierze? Nie wiemy, ale chcemy w to wierzyć.

 

Audiencja to jeszcze jeden portret Elżbiety II, malowany z dużą empatią i zrozumieniem, niezwykle barwny i poruszający, nadający królowej indywidualny rys. Czy prawdziwy? Chyba tylko sama królowa mogłaby na to pytanie odpowiedzieć. Ale na pewno nie odpowie. Pozostanie symbolem jedności i niezmienności w czasach szybko następujących przemian, twarzą ze znaczka, którą chcielibyśmy poznać osobiście, najlepiej popijając wspólnie herbatkę. Audiencja daje nam tę możliwość, nawet jeśli nigdy nie będziemy pewni, że to akurat oblicze królowej jest prawdziwe.

"Gilmore Girls", czyli o ukochanym serialu Milvanny.

milvanna

Od czasu, kiedy poleciłam mojej przyjaciółce, Monice, jeden z moich ulubionych seriali, czyli Gilmore Girls, dość często dostaję od niej delikatne sugestie, że powinnam napisać coś o tej produkcji. Zaczęłam zastanawiać się, do której z moich prywatnych serialowych kategorii mogłabym go przyporządkować? Owszem, oglądanie go może poprawić nastrój w jesienne lub przedwiosenne wieczory. Może też bawić, wzruszać i być źródłem cichego radosnego przyklaskiwania każdemu popkulturowemu nawiązaniu. Po chwili namysłu muszę stwierdzić, że Gilmore Girls, stworzony przez Amy Sherman-Palladino, to po prostu mój Najbardziej Ulubiony Serial Jaki Powstał.

gilmore

 Poznajcie Lorelai i Rory Gilmore.

Pewnie nie jest to najlepsza produkcja jaką dane mi było w życiu zobaczyć, ale to przecież nie zawsze jest wyznacznikiem uczucia, jakim dzieli się np. książkę czy film. Tak samo jest w przypadku serialu. Pamiętam, że po raz pierwszy trafiłam na Kochane kłopoty (tak, tak brzmi polski tytuł) mniej więcej pod koniec gimnazjum, w jakiś długi weekend. Obejrzałam odcinek zupełnie wyrwany z kontekstu, ale wiedziałam, że regularnie będę zasiadać przed telewizorem i przenosić się do uroczego i dziwnego miasteczka Stars Hollow. Głównymi bohaterkami są Lorelai Gilmore (Lauren Graham) i jej córka, Rory (Alexis Bledel). Pochodząca z bardzo zamożnego domu Lorelai, nie była w stanie żyć pod ciągłą kontrolą swoich rodziców i, któregoś dnia, razem z córeczką, którą urodziła jako nastolatka, po prostu się wyprowadziła. Dziewczyny poznajemy, kiedy Rory ma szesnaście lat i właśnie otrzymuje wiadomość, że została przyjęta do prestiżowej szkoły średniej, Chilton. Niestety, okazuje się, że Lorelai, która teraz prowadzi hotel Independence Inn, nie jest jednak w stanie opłacić czesnego. Za wszelka cenę chce pomóc córce w spełnieniu jej marzeń, dlatego postanawia poprosić o pomoc swoich rodziców, co wiązać się będzie z ich ingerencją w jej decyzje oraz z piątkowymi obowiązkowymi obiadami, do których będą zasiadać jako rodzina.

Idealny rodzinny obiadek.

To, co najbardziej urzeka w serialu to związek Lorelai i Rory. Łączy je coś więcej niż bardzo dobra i godna pozazdroszczenia relacja matki z córką. Dziewczyny są też najlepszymi przyjaciółkami. Bardzo wiele je łączy. Lubią podobną muzykę (widać to już w pierwszym odcinku, kiedy po kłótni każda z nich włącza piosenkę Still Macy Grey), oglądają mnóstwo filmów, odżywiają się głównie pizzą i hamburgerami, wypijają hektolitry kawy. Są przy tym bardzo dowcipne i inteligentne, sypią cytatami z filmów na zawołanie, dużo czytają (ok, głównie Rory, która książki trzyma nawet pod łóżkiem i w szufladach na skarpetki). Na szczęście sporo też je różni, co pozwala im doskonale się uzupełniać. Razem stworzyły sobie ciepły, pełen radości i zaufania dom, w którym, w zasadzie, nie ma planów nie do zrealizowania i marzeń nie do spełnienia. A obie panny Gilmore marzą odważnie: starsza o założeniu własnego małego hoteliku, młodsza o studiach na Harvardzie.

Marzenia ważna rzecz.

Serial to nie tylko Lorelai i Rory. Otacza je mnóstwo niezwykłych postaci i, muszę przyznać, że nawet jeżeli są irytujące, to trudno ich nie lubić (no, może poza Loganem, chłopakiem Rory, którego szczerze nie znoszę). Przede wszystkim muszę wspomnieć o Emily i Richardzie Gilmore, rodzicach i dziadkach, granych przez Emily Bishop i Edwarda Herrmanna. Ludzie z wyższych sfer, przestrzegający konwenansów i społecznych zasad, bardzo poprawni. Nie potrafili, co prawda, stworzyć z córką jakiejś niezwykłej relacji, ale na pewno bardzo mocno ją kochają, a swojej wnuczce byliby gotowi oddać wszystko. Nie można zapomnieć o Luke’u (Scott Patterson), właścicielu knajpki, który z racji niekończących się zasobów kawy, jest chyba najważniejsza osobą w życiu dziewczyn. Dodam też, że od pierwszej sceny, w której zobaczyłam Luke’a i Lorelai, trzymałam kciuki za to, żeby pod koniec serialu można było o nich powiedzieć: „I żyli długo i szczęśliwie”. Wymieniać ciekawych bohaterów można bez końca: Sookie (doskonała Melissa McCarthy), roztargniona przyjaciółka Lorelai i doskonała szefowa; Lane, wychowana w koreańskiej bardzo konserwatywnej i religijnej rodzinie przyjaciółka Rory, która pod podłogą trzyma potajemnie kupowane płyty i marzy o karierze muzycznej; Kirk, człowiek od wszystkiego; Patty, była gwiazda, obecnie instruktorka baletu, wielka fanka męskiej urody; niziutka Babette i jej bardzo wysoki mąż Morey, zakochani w kotach i ogrodowych krasnalach. Wymieniać naprawdę można bez końca. Wszyscy bohaterowie, nawet ci epizodyczni, są, moim zdaniem bardzo dobrze skonstruowani i wnoszą do serialu coś ciekawego.

Witamy w Stars Hollow.

Obecnie jestem w trakcie powtórki trzeciego, chyba mojego ulubionego sezonu. Patrzę sobie na to dziwaczne miasteczko, w którym z okazji końca wakacji urządza się dwudniowy festiwal, w którym organizowane są dobowe maratony tańca, w którym, przy odrobinie nieuwagi, można zostać zaatakowanym przez łabędzia, i cieszę się, że czasami mogę się przenieść do tego zupełnie nierzeczywistego świata. Tak, serial nie jest idealny, bywa nierówny, momentami człowiek zaczyna zgrzytać zębami. Jednak jestem w stanie przymknąć na to wszystko oko, bo, jeśli tyko spojrzę na niego całościowo, dostaję rzecz bardzo dobrą. A Gilmore Girls daje mi po prostu taką malutką namiastkę domu.

 

PS: Trzymanie kciuków przyniosło efekty :) Tomasz Raczek uznał, że razem z KULTURĄ W PŁOT i Użyj Wyobraźni zasługujemy na Galę Blog Roku! Jesteśmy w kolejnym etapie. Dziękujemy za wsparcie! A teraz lecimy szukać szpilek i sukienek.

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci