Menu

Książki mojej siostry

Czytamy historycznie

Świętosława oczami Elżbiety Cherezińskiej, czyli o "Hardej", co została "Królową"

grendella

Kto mnie zna – bez znaczenia, czy w prawdziwym, czy w wirtualnym świecie – ten wie, że w ciemno sięgam po wszystko, co wyjdzie spod pióra Elżbiety Cherezińskiej. Faktem jest, że Legion wzbudził we mnie bardzo dużo wątpliwości, a Turniej cieni raczej zmęczył, niż zachwycił... Zdarza się, jak mawiał Billy Pilgrim w Rzeźni numer 5. Jako osoba głęboko zainteresowana średniowieczem (angielskim głównie, ale jednak) jestem natomiast fanką cyklu piastowskiego i z niecierpliwością czekam na każdą książkę autorki. Tematyka Hardej i Królowej, dwóch powieści poświęconych Świętosławie, kupiła mnie jeszcze zanim obie książki przeczytałam*. Bo jak tu nie zainteresować się Mieszkową córą, siostrą słynnego Bolesława Chrobrego, w nordyckich sagach zwaną Sygrydą Storradą – królową Szwecji, Danii, Norwegii, a może i Anglii? Czy Sygryda z tych sag to rzeczywiście Piastówna, czy może literacka postać łącząca w sobie cechy kilku ówcześnie żyjących władczyń? Historycy się spierają. Bez względu na wynik tych dysput, Cherezińska postanowiła stworzyć barwną opowieść o losach niezwykłej heroiny, oddając tym samym hołd i dedykując swe powieści wszystkim „[…] bezimiennym, zapomnianym księżniczkom piastowskim. […]Dziewczynom oznaczonym w biogramach dynastii smutnym N.N.”

 Beztytuu2

Utarło się, że historię poznajemy z perspektywy mężczyzn, władców skoncentrowanych na podboju, zawierających i zrywających polityczne sojusze, walczących o władzę. Księżniczki, o ile miały szczęście, by zapisać się w kronikach pod własnym imieniem, postrzegamy głównie jako pionki w męskich grach o tron – panny, które należy jak najkorzystniej wydać za mąż, zyskujące na znaczeniu dopiero, gdy urodzą prawowitego dziedzica. Elżbieta Cherezińska odwraca ten trend, stawiając w centrum swojej opowieści Świętosławę, tytułową Hardą, co nie boi się odpyskować księciu panu, i potrafi wpływać na swój los. W ramach pewnych granic, rzecz jasna. Bo Świętosława nie sprzeciwia się woli Mieszka, godząc się poślubić starszego od siebie Eryka, króla Szwecji, i rezygnując z miłości. Akceptuje, że innej drogi dla księżniczki nie ma, a jednak nie jest bezwolnym pionkiem. Bystra, sprytna i odważna, zdobywa szacunek wojów i poddanych, zaczyna kształtować politykę i historię, zamiast pokornie poddać się trybom ich machiny. Chociaż jej ciało jest warunkiem zawarcia politycznych sojuszy, to nie od niego, lecz od jej cech osobowościowych zależą ich trwałość i efekty. Nic dziwnego, że Świętosława uwodzi współczesnych czytelników, a zwłaszcza czytelniczki, tak jak uwodzi je Daenerys Targaryen.  Nie brak w tej historii wzlotów i upadków, chwil jasnych i dobrych, radości i smutku. Nie brak też wyborów, w których nad osobiste dobro, królowa niezmiennie przekłada dobro stanu.

Postać Świętosławy kreowana przez Elżbietę Cherezińską to wynik interpretacji nielicznych wzmianek w kronikach i materiału literackiego zawartego w nordyckich sagach. Te same zresztą sagi zainspirowały autorkę do wprowadzenia na scenę kolejnych córek Mieszka – Astrydy, Geiry i Gunhildy – pochodzących ze związków z pogańskimi żonami i pominiętymi przez kronikarzy dynastii, wyeliminowanymi z historii, bo nie pasowały do oficjalnej wersji zdarzeń. Tu odzyskują swój głos, odgrywają czynną – choć mniej istotną niż Świętosława – rolę, stają się częścią piastowskiej opowieści. Wizja Cherezińskiej prezentowana zarówno w Hardej jak i w Królowej, powieściach równych i napisanych z typowym dla niej rozmachem, to nie tyle alternatywna wizja biegu wydarzeń, co pewna spekulacja, która próbuje oddać kobietom ich miejsce w historii – zabieg stosunkowo mało jeszcze wyeksploatowany w polskiej literaturze. Obie powieści czytałam z zapartym tchem, zawładnęły moją wyobraźnią i nie dziwię się, że zdobyły zasłużoną popularność. Po jakimś czasie, naszła mnie jednak refleksja, że można by pójść jeszcze inną drogą.

Średniowieczny świat Cherezińskiej to nadal niezwykle męski świat, w którym Świętosława musi grać po męsku, by się utrzymać i zaistnieć. Nie neguję tej wizji. Skupienie na kwestiach geopolitycznych, powstaniu państwa polskiego, machinacjach najpierw Mieszka I, a później Bolesława Chrobrego, ich trudnych i zmiennych stosunkach z Niemcami, Czechami i Rusią Kijowską, wyprawach Wikingów i walce o władzę w Skandynawii – wszystko to w zamaszysty sposób kreśli historyczny kontekst, podkreślając, zgodnie z zamysłem autorki, rolę Świętosławy i jej wyjątkowości. Mam jednak wrażenie, że przeniesienie akcentów na sfery, powiedzmy, bardziej „kobiece” byłoby również ciekawe. Czyż nie fajnie byłoby poczytać o kwestiach związanych z życiem codziennym, obyczajowością, prywatnością? Zdaję sobie oczywiście sprawę, że w owych czasach w przypadku władców i władczyń trudno było rozgraniczyć między tym co publiczne, a tym co prywatne – wszystko właściwie działo się na oczach dworu. Ale może wprowadzenie perspektywy jakiejś mniej istotnej kobiecej postaci, takiej jak choćby intrygująca dama dworu, służąca, a może nawet niewolnica, wypełniłoby tę lukę? Wszak sama Świętosława, kobieta wybitna, której udaje się wyjść poza schematy, historii kobiet nie czyni. Przyznaję, że zarówno takie postaci, jak i sceny związane z prywatnością pojawiają się w powieściach o Hardej, ale ich potencjał nie jest, w moim odczuciu, wykorzystany maksymalnie. W tym wypadku nie leżało to w gestii zainteresowania autorki, ale może następnym razem?

 ---

*Tu dziękuję uroczyście wszechświatowi za fakt, że świąteczne przerwy od zajęć akademickich na Podlasiu są dłuższe, niż w innych zakątkach kraju, bo oba tomy w sumie liczą sobie grubo ponad tysiąc stron. A  Cherezińską wolę czytać „na raz”, a nie na zasadzie „rozdzialik przed snem, rozdzialik do śniadanka”. Za bardzo mnie wciąga, by ta druga opcja była możliwa.

---

O innych książkach Elżbiety Cherezińskiej: Gra w kości, Korona śniegu i krwi,Niewidzialna korona, Legion

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Muza-kochanka, poeta i jego żona, czyli "Dysonans" Ewy Stachaniak

grendella

Przyznaję, że bywa tak, że cudze chwalę swego nie znam, że zachwycam się literaturą anglojęzyczną, nie do końca orientując się w polskiej. Tym razem sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo Ewa Stachaniak jest pisarką pochodzenia polskiego, mieszkającą na stałe w Kanadzie, piszącą po angielsku i dopiero z angielskiego na polski tłumaczoną.  Ciekawy to sposób na opowiadanie „naszej” historii szerszej publiczności. Dobrze jednak, że przekład powierzono Annie Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, bo dzięki niemu i po polsku czyta się Dysonans naprawdę doskonale.

dysonansbiext35965599

Dysonans to fabularyzowana historia o ekscentrycznym trójkącie miłosnym okresu Romantyzmu - o pełnym pasji, choć niemożliwym do sformalizowania związku Zygmunta Krasińskiego i Delfiny Potockiej, i jego małżeństwie z rozsądku z Elizą Branicką. Autorka przyznaje się do inspiracji zachowanymi do dziś listami Krasińskiego do kochanki, rodziny i przyjaciół, jak również tymi które wyszły spod pióra jego żony, zauważa jednak brak głosu samej Delfiny – nieszczęśliwej w małżeństwie, które wprawdzie dało jej awans społeczny lecz pozostawiło liczne blizny, i z którego w końcu udało jej się wyrwać, rozpaczliwie tęskniącej za dzieckiem, kobiety światowej, wymykającej się konwenansom, zmysłowej kochanki wielu wpływowych mężczyzn epoki i ich muzy. I to właśnie ten głos, zrekonstruowany przez Ewę Stachaniak, nadaje powieści ton.

Dysonans mógłby być historycznym romansem jakich wiele, jednak wyróżnia go głębia psychologiczna postaci, stylizowany z dużym wyczuciem język i epizodyczna konstrukcja, podkreślająca emocjonalne rozdarcie wszystkich uczestników dramatu. Zygmunt, Delfina i Eliza, uwikłani w osobliwy układ miłosny, wiodą żywot, któremu daleko do harmonii, w świecie pełnym dysonansów. Tytułowy dysonans pojawia się tu właściwie na każdej płaszczyźnie. Dysonans między miłością romantyczną a rzeczywistą, między obowiązkiem wobec ojczyzny a życiem prywatnym, sztywnym gorsetem konwenansów a szczęściem jednostki, pasją a rozsądkiem, kobietą-aniołem a kobietą-grzesznicą, sztuką a życiem, i wreszcie między prawdą historyczną a naszym współczesnym wyobrażeniem o niej.

Dla mnie ta powieść to również strzał w dziesiątkę jeśli idzie o ukazanie sytuacji społeczno-politycznej, mało wyidealizowanego obrazu Wielkiej Emigracji, natchnionego patriotyzmu skontrastowanego z życiem prywatnym. Jednocześnie, muszę przyznać, że to książka, po którą pewnie sama bym nie sięgnęła, bo nie odnotowałam wokół niej specjalnego szumu medialnego (a może był, ale przegapiłam?). Poleciła mi ją nieoceniona pani Ania, polonistka z wykształcenia i pożeraczka dobrych książek z zamiłowania, po tym jak okazało się, że obie nie byłyśmy oczarowane monumentalnym i nieco pompatycznym Turniejem Cieni Elżbiety Cherezińskiej, który zachwycił przecież tak wielu. Dysonans to proza zupełnie inna – kameralna, subtelna, bardziej skoncentrowana na emocjach, niż brawurowej akcji. Niewiele ponad 300 stron, na których udało się w bezpretensjonalny sposób opowiedzieć niebanalną historię miłosną, namalować z olbrzymią dbałością o detale wyrazisty portret epoki, przedstawić wizerunek dwóch fascynujących kobiet, o których podręczniki może i czasem wspominają, jednak nigdy nie wysuwają ich na pierwszy plan. Warto wsłuchać się w ich głos.

---

Ewa Stachaniak: Dysonans. Przełożyła Anna Przedpełska-Trzeciakowska. Świat Książki, Warszawa, 2009, 336 stron.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Dajmy szansę Piastom, czyli "Niewidzialna korona" Elżbiety Cherezińskiej

grendella

Na początek, kilka pytań do tych z Was, którzy już przeczytali Niewidzialną koronę Elżbiety Cherezińskiej. Czy książka wciągnęła Was tak, że zaniedbaliście jakieś sprawy, które w żadnym wypadku nie powinny zostać zaniedbane? Czy pod koniec lektury stosowaliście przeróżne triki, by odwlec nieuchronny moment, kiedy przewrócicie ostatnią kartkę? Czy Piastowie i ich losy wtargnęli do Waszych myśli i bezpardonowo zawładnęli wyobraźnią? Czy pod odłożeniu książki rzuciliście się do komputera, by sprawdzić czy słychać już coś o kolejnej części? Czy obiecaliście sobie, że przeczytacie wszystko, co wyjdzie spod pióra autorki? Czy napisaliście do niej, by jej o tym powiedzieć? Bo wiecie, jeśli chodzi o mnie, to odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi TAK.

niewidzialnakoronabiext25220093

Cóż takiego jest w prozie Cherezińskiej, że działa na mnie jak magnes? Już Korona śniegu i krwi zachwyciła mnie mnogością wątków i wyrazistością postaci historycznych, którym nadano tak indywidualny rys, że po prostu żyją własnym życiem. O dziwo, Niewidzialna korona jest lepsza. Tym razem fabuła koncentruje się wokół księcia kujawskiego Władysława, zwanego później Łokietkiem, który trochę przypadkiem odziedziczył koronę po Przemyśle II – pierwszym królu Polski zjednoczonej po rozbiciu dzielnicowym. Ale Władek, o którym pisze Cherezińska, to jeszcze nie ten dojrzały i stateczny Władysław, co to połączył Małopolskę z Wielkopolską, stwarzając podwaliny królestwa, lecz charyzmatyczny, choć trochę zaściankowy wódz-zabijaka, skłonny do bitki i do wypitki. Często działa pod wpływem impulsu, jest odważny i mało przewidywalny, ale niewystarczająco doświadczony, by przejrzeć polityczne i strategiczne intrygi snute przez bardziej wytrawnych graczy, czyhających tylko na jego potknięcia. Władek, który lepiej się czuje w okolicznych kniejach, ganiając z towarzyszami za jeleniami niż w otoczeniu możnowładców, popełnia błąd za błędem i drogo przyjdzie mu za to zapłacić, zarówno pod względem polityczno-strategicznym, jak i osobistym. Najwyraźniej musi stracić wszystko, by zrozumieć, co tak naprawdę miał i dopiero to sprawi, że Władek zacznie się stopniowo przeobrażać we Władysława.

Ale nie samymi męskimi przygodami czytelnik Cherezińskiej żyje - co to, to nie! Dla mnie, jednym z największych atutów tej powieści jest to, że autorka „przywraca” nam kobiety, o których książki historyczne zaledwie wzmiankują lub w ogóle milczą. U Cherezińskiej stają się istotnymi uczestniczkami wydarzeń, bywają żądne władzy i rozpolitykowane, są świadome swojej pozycji i obowiązków. Często muszą znosić los gotowany im przez ojców, mężów i braci, ale zdarza się im brać go we własne ręce. Prym w wyrazistości wiedzie Mechtylda Askańska - demoniczna i groźna, obsesyjnie pragnąca władzy, świadoma wpływu swojej cielesności na mężczyzn i wykorzystująca ich by osiągnąć to, czego pragnie. Tuż po niej plasuje się piastowska królewna Ryksa, córka Przemysła II, blondwłosa piękność o ujmującej osobowości, dumna, inteligentna i uwielbiana przez otoczenie. To moje ulubione bohaterki, ale trzeba przyznać, że w powieści interesujących kobiet jest więcej: choćby takich jak Jadwiga, żona Łokietka, dzielna i rezolutna kobitka o dużym zmyśle politycznym, początkowo przez męża niedoceniana, przezabawne mniszki, które bardziej interesują się intrygami politycznymi i tajemnicami alkowy możnych tego świata niż śpiewaniem godzinek, czy w końcu kobiety Starej Krwi – poganki, mające swoje własne plany i cele związane z polską koroną.

Elżbieta Cherezińska pisze swoją piastowską epopeję z polotem i rozmachem, sprawiając, że historię, utkaną z odległych historycznych wydarzeń, czyta się jednym tchem. Dba o detale, a jej wizja średniowiecznego świata jest daleka od sielankowych wyobrażeń o przystojnych rycerzach i pięknych damach. Nie boi się dopowiadania tego, o czym kroniki historyczne milczą, dopieszcza swoich bohaterów na tyle, że przestają być dawno zmarłymi królami i książętami, znanymi z wizerunków na kamiennych nagrobkach. A na koniec dorzuca do tego wszystkiego trochę magii, czy może raczej cudowności i zjawisk nadprzyrodzonych, które mieszają się z rzeczywistością. Bo w Niewidzialnej koronie nie ma postaci przypominających Gandalfa, czy Harry’ego Pottera, a magia nie jest elementem zaczerpniętym z literatury fantasy i sztucznie dołączonym do prozy historycznej. To magia subtelna – taka, którą możemy znaleźć w pradawnych wierzeniach ludowych, legendach, czy żywotach świętych; magia przenikająca realny świat średniowiecznego człowieka, który tak wielu rzeczy nie potrafi jeszcze wyjaśnić i jest przyzwyczajony do alegorycznego postrzegania wszystkiego, co go otacza. I do takiego właśnie spojrzenia, dzięki któremu nie dziwią nas ożywające i zabójcze tatuaże czy stopniowa przemiana człowieka w smoka***, zaprasza nas Elżbieta Cherezińska, a mi wydaje się, że warto odrzucić czasem naszą współczesną, logiczną i wszystkowiedzącą perspektywę i dać się ponieść opowieści, która łączy elementy możliwe z niemożliwymi, rzeczywiste z magicznymi, i historyczne z wyobrażonymi.

*** Tak już zupełnie na marginesie, nurtuje mnie pytanie, czy ten smok zamieszka kiedyś pod Wawelem???

"Legion" Elżbiety Cherezińskiej? Tak, ale...

grendella

Po lekturze Legionu Elżbiety Cherezińskiej, zadumałam się, jak to możliwe, że ja o opisanej przez nią historii tak niewiele wcześniej słyszałam. Historię w ogólniaku (pomimo wyjątkowo usypiającej nauczycielki) lubiłam, uczyłam się jej systematycznie, i nawet maturę z niej zdałam z całkiem niezłym wynikiem. Uświadomiłam też sobie, że chociaż jestem produktem czteroletniego systemu edukacji licealnej, to i tak stosunkowo mało dowiedziałam się o historii XX wieku, bo poświęcono na nią niewiele czasu. Na pewno zbyt mało, by zrozumieć skomplikowane kwestie polityczno-ideologiczne, dzielące społeczeństwo i liderów różnych frakcji podziemnej Polski. Dlaczego uznano, że historia XX wieku, tak konieczna przecież by rozumieć to, co się dzieje tu i teraz, jest mniej istotna niż wojny polsko-szwedzkie, polsko-rosyjskie i polsko-tureckie w XVII wieku – nie wiem. Być może moja nauczycielka była po prostu zafiksowana na tym okresie. Być może to kwestia źle napisanej podstawy programowej. Jestem jednak przekonana, że nie jestem jedyną przedstawicielką mojego pokolenia, która nie zna historii Brygady Świętokrzyskiej. I sądzę, że współcześni licealiści, którym drastycznie zredukowano liczbę godzin poświęconych nauczaniu historii, również jej nie znają. A warto. Nawet jeśli nie do końca łykniemy wizję proponowaną przez autorkę.

indeks1

Historię piszą zwycięzcy, a zwycięzcom nie mogło być po drodze z Brygadą Świętokrzyską, dla której od początku do samego końca wrogiem był nie tylko Hitler, lecz również Stalin, wojsko sowieckie, Armia Ludowa i komunistyczna partyzantka. Nigdy nie uznana za oficjalną część polskich sił zbrojnych, brygada musiała liczyć tylko na siebie, nie dostała żadnego wsparcia ani w postaci broni, ani zaopatrzenia, ani środków finansowych. Wycofując się z Polski przed ofensywą radziecką i próbując dotrzeć do armii generała Andersa, jednostka oswobodziła kobiety z niemieckiego obozu koncentracyjnego. W końcu połączyła się z amerykańską armią generała Pattona. Brawurowy sukces, o którym lepiej było nie mówić, a samej brygadzie przypiąć łatkę faszystów i oskarżyć o kolaborację z Niemcami. Czasy się zmieniły, łatka została. I tu właśnie wkracza Elżbieta Cherezińska, która przekopała się przez stosy dokumentów i wspomnień, by zaprezentować swoją wizję wydarzeń, i która pisze tak, że nie sposób się od jej powieści oderwać.

Akcja zaczyna się już w 1939 roku. Dramatyczne wydarzenia kampanii wrześniowej, chaos informacyjny, nieudolność dowództwa, oczekiwanie na pomoc aliantów. Mało kto widzi, że zagrożenie nadchodzi też ze wschodu. Przepychanki polityczne, dezorientacja żołnierzy i społeczeństwa, niedowierzanie w to, co się dzieje. Pomału zaczynamy orientować się kto jest kim w poszczególnych organizacjach, poznajemy głównych bohaterów - ich pochodzenie, losy i drogę, która zawiodła ich do Brygady Świętokrzyskiej. Nie będę wchodzić w szczegóły, bo warto je po prostu poznać. Większość akcji dzieje się jednak w latach 1942-45, kiedy oddziały rosną z dnia na dzień, a wszystko to wiąże się z coraz większą odpowiedzialnością, bo dowódcy chcą żołnierzy nie tylko wyżywić, lecz spróbować ocalić przed zbliżającą się armią sowiecką, stąd decyzja o wyprowadzeniu ich z okupowanej Polski i próbie przedarcia się do aliantów. A w tle prawdziwa panorama społeczeństwa polskiego w obliczu terroru i wojny, różne postawy i przekonania rodaków, losy tych, których prześladował pech i tych, którym dopisało szczęście.

Legion czyta się świetnie. To powieść niezmiernie dynamiczna, napisana obrazami i krótkimi scenami, sprawiającymi wrażenie wycinków rzeczywistości, pełna żywych i realistycznych dialogów. Wszystko to sprawia, że bez trudu dałoby się ją przenieść na mały ekran i nie wątpię, że serial na niej oparty mógłby zyskać popularność nie mniejszą niż Czas Honoru. Ale nie wiem, czy chciałabym takiego serialu. Faktem jest, że Cherezińska, pisząc o Brygadzie Świętokrzyskiej i Narodowych Siłach Zbrojnych przywraca nam kawał zapomnianej historii, pokazując jednocześnie chaos, rozczłonkowanie i zróżnicowanie obecne w polskim podziemiu. Do kogo się przyłączyć, komu zaufać - trudne to były wybory dla szarych ludzi, niekoniecznie ideologicznie zaangażowanych, którzy chcieli działać przeciwko okupantowi. Nic dziwnego, że często ważniejsze od sporów politycznych okazywały się przypadek i charyzma poszczególnych dowódców, za którymi żołnierze szli w ogień. Polityka polityką, a rzeczywistość partyzancka w kieleckich lasach to zupełnie co innego. Pokazanie tego mechanizmu na pewno się Cherezińskiej udało. Ale. No właśnie, ja widzę w tej powieści spore ale.

Rozprawiając się z czarną legendą, Cherezińska stworzyła inny mit – dla odmiany biały. Członkowie NSZ jawią się jako ludzie, niepozbawieni wprawdzie ludzkich słabości, ale jednak w moim odczuciu wyidealizowani. Bronią ludności cywilnej przed oddziałami partyzantki komunistycznej, złożonej głównie z bandytów trudniących się rabunkiem. Chłopi dobrowolnie i w sumie ochoczo dzielą się z nimi zapasami, widząc w nich jedynych sprawiedliwych przedstawicieli wojska polskiego, walczącego z wrogiem. Równie skwapliwie oddają im się dziewczęta, bo chłopaki są dzielne, jurne i pełne fantazji. Ich antysemityzm, deklarowany zresztą bardziej przez dowódców wywodzących się z ONR, jest bardziej „programowo-teoretyczny” niż stosowany w praktyce, bo nieraz ratują Żydów z tarapatów, współpracują z nimi, pozwalają przyłączyć się do oddziału. Wierzę, że tak się mogło zdarzać, bo łatwiej nienawidzić jakiegoś abstrakcyjnego Icka z pejsami niż umęczonego i zaszczutego człowieka z krwi i kości. Żydzi byli ok, jeśli działali na rzecz Polski i nie wspierali komunizmu. Ale takie odcięcie Brygady Świętokrzyskiej od antysemityzmu, nacjonalizmu, i w ogóle ideologii innej niż miłość do ojczyzny wydaje mi się uproszczeniem. I nie daje mi spokoju myśl, co by się stało, gdyby „bękarty wojny” Cherezińskiej rzeczywiście wojnę wygrały i decydowały o kształcie powojennej Polski: co stałoby się z postulatami ich politycznych liderów o ultrakatolickim państwie bez Żydów? Czy doświadczenia wojenne by je zmieniły, czy też wróciłyby jak mało chwalebny bumerang?

Pomimo tych „ale”, Legion przeczytać warto. Choć może nie bezkrytycznie. Elżbieta Cherezińska opowiada historię żołnierzy, unikając tonu martyrologicznego patosu i już za to ma u mnie olbrzymi plus. To historia żołnierzy, którzy walcząc o ojczyznę, nie zginęli dzięki pragmatyzmowi charyzmatycznych dowódców, i których zuchwałe akcje postanowiono wymazać z historii. Już samo uświadomienie sobie tego faktu sprawia, że zaczynamy zastanawiać się, jak wiele jest białych plam w naszej historycznej narracji i jak bardzo zależy ona od widzimisię zwycięzców. I nawet jeśli nie do końca się z wizją autorki utożsamiamy, możemy szukać dalej, układać sobie w głowie historię, traktując jej głos jak jeden z elementów układanki, do której warto dołożyć też inne puzzle - dylematy żołnierzy walczących w armii generała Berlinga, antysemityzm polskiego społeczeństwa i różne postawy w obliczu zagłady Żydów, kolaborację z wrogiem, by zapewnić przetrwanie najbliższych i wiele, wiele innych. Trudna to układanka, złożona z licznych pozornie sprzecznych elementów. Trudno ją od razu ogarnąć wzrokiem i zrozumieć, ale warto o niej pisać. I warto czytać.

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci