Menu

Książki mojej siostry

Czytamy fantastycznie

O lewackiej księżniczce w cyklu "Królowa Tearlingu" Eriki Johansen

grendella

Literatura fantasy ma to do siebie, że przetwarza motywy wykorzystane znacznie wcześniej. Cofać by się tu można do mitologii, baśni, epiki heroicznej, romansu rycerskiego, powieści awanturniczej – to tam spotkamy archetypowych herosów, łotrzyków, czy rycerzy zabijających smoki i zdobywających serca eterycznych księżniczek. Tam też można doszukiwać się toposów tak często występujących w fantasy - walki dobra ze złem, wyprawy inicjacyjnej, ofiary bohatera, by ocalić świat, magii, fantastycznych istot. To one (w różnych jednakże proporcjach) inspirowały Roberta E. Howarda, C.S. Lewisa i J.R.R. Tolkiena. Ci z kolei inspirowali kolejnych twórców, którzy albo podążali utartymi szlakami, albo zbaczali z głównej drogi i wydeptywali sobie inną ścieżkę. I tak to sobie trwa, powiedziałabym, aż do dziś. Różne to ścieżki, ale większość z nich wyznaczali panowie – pisarze o mniejszym lub większym talencie – zaludniający (co mnie naprawdę nie dziwi) swoje powieści białymi bohaterami płci męskiej. I choć kobiety się w tych powieściach pojawiały, to rzadko stawały się głównymi bohaterkami. A nawet jeśli bywały dla akcji kluczowe, to nieczęsto poznawaliśmy świat i akcję z ich perspektywy. Taki mieliśmy klimat.

Jak wiadomo, klimat się jednak zmienia. Niektórzy, w tym wydawnictwa, zauważają, że kobiety stanowią jakieś pięćdziesiąt procent populacji i że również po fantasy sięgają. A skoro tak, to przydadzą się książki, w których bohaterki będą bardziej przekonujące, aktywne i sprawcze. Mam jednak wrażenie, śledząc przeróżne internetowe dyskusje* i słuchając własnych studentów płci obojga, że literatura fantasy, w której główną rolę gra kobieta, postrzegana jest nieco inaczej – a mianowicie, jako kierowana właściwie tylko do kobiet. Z kolei powieści z bohaterem męskim uznawane są za fantasy dla wszystkich. I ja mam z tym pewien problem. Bo widzicie, rozumiem, że kobiety mogą sobie wyłuskać z pisanej z męskiego punktu widzenia literatury tak zwany „przekaz ogólnoludzki”**. Tylko że naiwnie sądziłam, że w drugą stronę też to powinno działać. Tymczasem, okazuje się, że częściej chyba jednak nie działa.

I tak oto dochodzimy do cyklu Królowa Tearlingu Eriki Johansen, którego bohaterką jest Kelsea, księżniczka – po śmierci matki ukryta w chatce w dziczy i wychowana tam przez dwoje oddanych jej ludzi – która po ukończeniu dziewiętnastu lat ma wrócić do podupadłego nieco zamku i objąć należną jej z urodzenia władzę, pełnioną tymczasowo przez wujka, któremu do modelowego władcy daleko. Co też się dzieje. Przy czym okazuje się, że Kelsea, choć pełna ideałów, zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, w jakiej sytuacji znajduje się jej królestwo. Pierwsza część cyklu, Królowa Tearligu, koncentruje się na jej dorastaniu do roli władczyni i walce z dość demoniczną Czerwoną Królową, która jest wszystkim tym, czym Kelsea nie jest – kobietą piękną, narcystyczną, władczą, okrutną, i egoistyczną. W Inwazji na Tearling, drugim tomie, wojna nadal trwa, a Kelsea ma problemów jeszcze więcej niż w części pierwszej, ale pojawia się nowy, dość zaskakujący element - przedziwne wizje głównej bohaterki dotyczące czasów sprzed Przeprawy, w których przygląda się życiu nieznajomej kobiety o imieniu Lily. Łączy je jakaś przedziwna, niewyjaśniona przez dłuższą część narracji, więź . I choć w świecie Kelsea dzieje się wiele, to właśnie na te wizje ze świata Lily najbardziej czekałam.

krlowa_tearlingu

Wspomniałam o Przeprawie, bo to bodaj najciekawszy motyw cyklu. Nie chcę psuć zabawy, bo sposób i kolejność w jakiej podawane są informacje jest przemyślany, ale trudno ten wątek pominąć. Na początku mamy wrażenie, że przodkowie Kelsea po prostu przypłynęli z kraju, w którym działo się źle, na nowy kontynent, by stworzyć sobie lepszy świat. Podróż była trudna, pierwsze lata na nowym lądzie zapewne jeszcze trudniejsze, a główna akcja powieści toczy się parę pokoleń później. W pewnym momencie okazuje się jednak, że z czasów sprzed Przeprawy ocalało bardzo niewiele książek, między innymi Władca Pierścieni i seria o Harrym Potterze… I tu właśnie zaczęłam czytać z większym zainteresowaniem. Bo widzicie, mamy do czynienia z pseudo-średniowiecznym społeczeństwem, słabo rozwiniętym pod względem technologicznym, dziesiątkowanym przez głód i choroby, w którym codziennością są przemoc i śmierć. Tylko że okazuje się, że akcja nie jest umiejscowiona w zamierzchłej przeszłości lecz bliżej nieokreślonej przyszłości… Co poszło nie tak – zaczęłam sobie zadawać pytanie - że ludzkość zafundowała sobie średniowiecze po raz drugi?

I chyba głównie przez to pytanie sięgnęłam po tom drugi, który, co raczej niezwykłe, okazał się lepszy niż pierwszy. To właśnie w Inwazji na Tearling dowiadujemy się o tych czasach więcej i robi się mroczniej. Otóż, przed Przeprawą, ludzkość stworzyła sobie prawdziwie dystopijny koszmar, inspirowany i Rokiem 1984 George’a Orwella, i Opowieścią podręcznej Margaret Atwood. Kastowe społeczeństwo, wszechobecny monitoring, kobiety traktowane jak istoty niższej kategorii, czy wręcz własność swoich mężów – świat, w którym samodzielne myślenie jest przestępstwem. Autorka nie szczędzi brutalnych szczegółów, realistycznie opisując przemoc domową, gwałt małżeński, tortury. Z tego właśnie świata udaje się uciec starannie dobranej grupie ludzi pod wodzą charyzmatycznego lidera. A że w czasach, gdy świat stał się globalną wioską rządzoną przez korporacje nie sposób już stworzyć innego społeczeństwa, ucieczka staje się wyprawą do innej czasoprzestrzeni, w której można zacząć wszystko od nowa i zbudować lepszy świat, w którym nie będzie ani nierówności społecznych, ani rasowych, ani płciowych. A że się nie udało? No cóż, nie udało się Noemu po potopie, nie wyszło purytańskim Pielgrzymom, którzy na Mayflower wyruszyli do Ameryki, nie wypaliły idee socjalistyczne. Rzeczywistość Tearlingu to efekt kolejnej utopijnej próby naprawy świata, która znowu poszła nie tak. Dlaczego? Bo ludzie są jacy są i najwyraźniej nie uczą się na błędach.

inwazja_na_tearling

Taki to mało radosny wniosek nasuwa się po lekturze pierwszych dwóch tomów cyklu. Ale księżniczka Kelsea odziedziczyła ten przedziwny gen, który napędzał wszystkich reformatorów. Wierzy, że edukacja może uczynić cuda, nie wierzy za to, że cokolwiek dobrego może zdziałać kościół, z którym zupełnie jej nie podłodze. Wierzy, że rolą władczyni jest dążenie do poprawy losu zwykłych ludzi, a nie spełnianie własnych zachcianek. Wierzy, że dobra da się sprawiedliwiej redystrybuować, i że feudalno-kapitalistyczny system ekonomiczny w Tearlingu jest z gruntu zły. A na dodatek widzi, że sytuacja kobiet niewiele się zmieniła – bo widzicie w Tearlingu zakazana jest antykoncepcja, a za aborcję karze się śmiercią zarówno kobietę, która się jej poddała, jak i lekarza. Krótko mówiąc, Kelsea jest księżniczką dość lewacką. I zwyczajną, trochę zakompleksioną, dziewczyną o dość pospolitych (przynajmniej w jej oczach) rysach, nieco przy kości, bo lubi dobrze zjeść. Uczy się nie tylko władzy, ale i życia – po raz pierwszy się upija, po raz pierwszy kocha, po raz pierwszy musi się zmierzyć z presją społecznych oczekiwań. Wolałaby nie zmieniać systemu, tylko wieść normalne życie, ale niestety ktoś musi.

Królowa Tearlingu nie jest może cyklem, który będzie stanowił kamień milowy literatury fantasy. Jest w nim trochę łopatologii i uproszczeń, które mogą irytować. Ale jednak jest w nim również pewna świeżość, wynikająca ze zmiany rozmieszczenia akcentów. Z jednej strony można Erice Johansen zarzucać, że wykorzystuje ograne schematy, po prostu zastępując głównego bohatera bohaterką. Z drugiej już sam ten zabieg pewne schematy obala, bo wprowadza totalnie inną perspektywę. Inaczej gwałt i przemoc wobec kobiet wyglądają u G.R.R. Martina, a inaczej u Johansen, uwierzcie. Czy cykl o Tearlingu będzie potraktowany jako ta „słabsza” fantastyka dla kobiet, zapewne na dodatek „młodych”? Pewnie przez wielu tak. Dla mnie to świadomy ukłon w stronę dziewcząt, dziewczyn i kobiet, które fantastykę czytają i chciałyby być podmiotem - nie przedmiotem – opowieści. Świadczy o tym chociażby ta scena:

Przejrzała półki, w głębi duszy wiedziała jednak, że nie znajdzie prawdziwych książek przygodowych, które nie miałyby męskiego bohatera. Przebiegła palcem po dolnej półce i znalazła oprawiony w zieloną skórę tom ze złotym toczeniem na grzbiecie. Wyjęła książkę i podała ją Aisie.

- Nie ma w niej dziewczyn. Ale jeśli Ci się spodoba, to w drugiej części występuje żeńska postać” (Królowa Tearlingu, str. 312)

Zgadniecie o jaką książkę tu chodzi?

 ---

 * Proszę mnie nie prosić o konkretne cytaty, bo wybaczcie, ale nie będę robić głębokiego riserczu, jako że mam inne risercze na głowie. Pamiętam, na przykład, że śledziłam kiedyś dyskusję na temat Gildii Magów Trudi Canavan. Generalnie zgadzam się, że cykl ma wady i do ideału mu sporo brakuje, ale nie jest to też totalna szmira, do której przeczytania wstyd się przyznawać.

** Bywa trudno. Uwielbiałam książki o Tomku Wilmowskim, ale dzielnych dziewczynek naprawdę mi w nich brakowało.

---

Opinię znajdziecie również w serwisie:

biblionetka_logo1

Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Londyn na bogato, czyli "Hanging Tree" Bena Aaronovitcha

milvanna

Kiedy wybrałyśmy się z Grendellą w sierpniu do Londynu, do ostatniego dnia przed wylotem nie miałyśmy jakoś jasno sprecyzowanych planów turystyczno-rekreacyjnych. Kilka pewników miałyśmy jednak na liście, a oprócz spędzenia czasu z siostrą cioteczną, wizyty u Harry’ego Pottera (czyli w studiu Warner Bros – serio, polecamy gorąco) i Poskromienia złośnicy w Globe, na jej czoło trafiło odnalezienie Folly, do czego, jak łatwo się domyśleć, zainspirował nas Ben Aaronovitch i moje nieskończona miłość do Petera Granta. Tak więc pojechałyśmy na Russell Square, uzbrojone w nasze ledwie łapiące zasięg telefony, których używałyśmy głównie do porównywania zdjęć domniemanego Folly z opisami i otaczającymi nas budynkami. Efekt był taki, że chodziłyśmy jak potłuczone wśród mediów i policjantów, gdyż kilkanaście godzin wcześniej dokładnie tam nożem zaatakowano kobietę. W ten oto sposób znalazłyśmy się prawdopodobnie w każdych wiadomościach tego popołudnia. A co do budynku pełnej pewności nie mamy do tej pory. Za Folly uznałyśmy ten:

WP_20160804_008_21

Chyba.

Przyznam szczerze, że dobrze, że pojechałyśmy w naszą podróż zanim przeczytałyśmy kolejną część cyklu, ponieważ wakacyjne wspomnienia pomogły mi w cierpliwym oczekiwaniu na książkę. W Hanging Tree Peter Grant (och, Peter)  odkrywa przed nami kolejną twarz miasta. Poznajemy bogaty Londyn, pełen ekskluzywnych mieszkań, drogich samochodów i nieco rozpieszczonych dzieci. Wszystko za sprawą córki Lady Ty, czyli wnuczki Mamy Tamizy, która wplątuje się w niemałą aferę, w której główne role grają narkotyki i śmierć zamożnej nastolatki. Wpływowa Lady Ty przypomina zatem Peterowi, że nie tak dawno uratowała mu skórę, więc czas najwyższy, by odpłacił się podobną przysługą i pomógł udowodnić niewinność jej córki. Intryga okazuje się oczywiście bardziej skomplikowana, niż można było początkowo zakładać, a wydarzenia okazują angażują bliższych i dalszych znajomych. Przez dalszych rozumiem tu na przykład agentkę FBI zza oceanu, którą poznaliśmy już wcześniej, przez bliższych – Lesley May i Człowiek bez Twarzy, który, o dziwo, też zostawia ślady i można go odnaleźć. Przy czym lepiej nie robić tego na własną rękę. Do tego, w obiegu pojawia się wyjątkowo cenna księga, na której magiczne łapki chcą położyć nie tylko pracownicy londyńskiej jednostki specjalnej i ich największy wróg, ale też kolejni, nowi bohaterowie.

hanging_tree

Zaczynając od wad powieści, chociaż używam określenia „wada” nieco na wyrost, muszę zaapelować: Panie Aaronovitch, daj mi pan więcej Nightingale’a! Nie mów mi, że on gdzieś tam toczy jakiś pojedynek, tylko mi tę walkę pokaż, bo niewiele rzeczy mogło mnie ucieszyć w tym miesiącu tak, jak potężny mag pokazujący Tym Złym, gdzie jest ich miejsce w szeregu. Kolejna rzecz, której mi brakowało, to dowcip. Nie znaczy to, że Hanging Tree jest nudne i poważne. Jednak nie wywoływało we mnie tylu parsknięć i głośnych chichów, co poprzednie części.

Co mi się natomiast podobało, to fakt, że magiczny świat Londynu staje się coraz szerszy. Aaronovitch udziela czytelnikowi odpowiedzi na wiele postawionych wcześniej pytań, pokazuje powiązania pomiędzy bohaterami, zależności i zażyłości. To nie są jednostki rzucone w jakąś próżnię, lecz postaci budujące całą magiczną społeczność – nie tylko teraz, ale też w przeszłości. Widzę w tych relacjach sens i pewną logikę, co zawsze jest w cenie. Cieszy mnie rozbudowanie relacji Petera z Sahrą Guleed, potencjalną gwiazdą londyńskiej policji, dziewczyną bystrą, z którą główny bohater tworzy doskonały duet. Mam nadzieję, że nie awansuje zbyt szybko i zostanie z Grantem na dłużej. Zasłużył chłopak na dobrą koleżankę, zwłaszcza, że wcale nie pogodził się z tym co stało się z Lesley.

Odkąd hurtem przeczytałam trzy pierwsze części cyklu, przy każdej kolejnej powieści na początku towarzyszy mi lekki niepokój, że może Aaronovitch nie sprosta moim oczekiwaniom i zafunduje mi rozczarowanie. Chyba muszę się z tego w końcu wyleczyć. Stresuję się tylko bez sensu, dodając memu licu kolejnych zmarszczek, a wszystko i tak kończy się dobrze. Oddechem ulgi, satysfakcją i radością. No i jeszcze odrobiną smutku, że trzeba będzie czekać na kolejną książkę.

Na peryferiach Radch, czyli "Zabójczy Miecz" Ann Leckie

milvanna

Ta notka będzie dla mnie wyjątkowo trudna, więc na starcie proszę o wyrozumiałość. A trudna będzie, bo, po pierwsze, może się nie zorientowaliście, ale pisałyśmy tu z Grendellą dość dawno, a przełamanie się do pisania na nowo wcale nie jest takie proste; po drugie, znowu przeczytałam książkę, której nie chcę zrobić krzywdy, i do której zachęcam wszystkich. Postanowiłam sobie zaraz po jej zakupie, że jeśli nie przełamię się wcześniej, to o niej będę musiała napisać i nie będzie takiej siły, która mnie powstrzyma (lub też która pomoże mi znaleźć wytłumaczenie dla mojego lenistwa, jak kto woli). No więc wracam, z Ann Leckie i Zabójczym Mieczem, czyli kontynuacją Zabójczej Sprawiedliwości.

Zabjczymieczebook

Akcja Zabójczego Miecza zaczyna się w zasadzie prawie bezpośrednio po wydarzeniach poprzedniej powieści. Breq, teraz kapitan floty, świadoma wewnętrznego konfliktu Anaander Minai, wyrusza ze swoim statkiem na prowincję. Tam jest świadkiem, a w pewnym sensie również przyczyną, problemów i intryg. Breq dostrzega na Athoek niesprawiedliwość jaka panuje w układzie. Widzi dysproporcje w warunkach życia cywilizowanych obywatelek i  skolonizowanej ludności, zachłanność ludzi na wysokich stanowiskach, brak jakiejkolwiek troski o mieszkańców. Nie godząc się z panującymi powszechnie zasadami, Breque stara się, raz mniej, raz bardziej spektakularnie, naprawić system. Nie trzeba w zasadzie dodawać, że raczej nie przysparza jej to przyjaciół w gronie ludzi zajmujących wysoką pozycję społeczną, którzy faktycznie mogą coś zmienić, a którzy wcale nie chcą zrzec się swoich zysków (niespodzianka, prawda?).

W Zabójczym Mieczu akcja na pozór toczy się wolniej, spokojniej. Może dlatego, że głównym impulsem do działań nie jest już zemsta, lecz chęć naprawienia wyrządzonych szkód i krzywd. I tych, których przyczyną były podboje, i tych spowodowanych przez Breq (pamiętamy jeszcze o porucznik Awn, prawda?). Świeżo upieczona kapitan chce wprowadzić w układzie zmiany i to właśnie ta potrzeba napędza akcję. W zasadzie każde wydarzenie wynika bezpośrednio z poprzedniego. Dzięki temu możemy przyjrzeć się światu, ludziom, różnicom w kulturach, by dojść do wniosku, że społeczeństwo Radch, po wielu latach od podbojów, nie jest ani jednolite, ani pogodzone z sytuacją, która została mu narzucona. Widzimy rytuały żałobne, przemoc domową i nadużycia; widzimy pracę zwykłych ludzi, ich podejście do seksu, stroje, zasady i pozory tak ważne podczas spotkań towarzyskich; widzimy podziały, nielegalny handel i urywki z życia żołnierzy, pracowników plantacji, mieszkańców Podogrodu. Wiele z tego możemy poznać dzięki połączeniu Breq z Łaską Kalr (statkiem, którym dowodzi) i stacją Athoek. Przy czym, nie da się ukryć, że są to dla Breq tylko drobniutkie skrawki w porównaniu z tym co widziała jako Esk Jeden.

No właśnie. Breq już nie jest częścią czegoś większego. Nie ma swojego statku (czyli, w zasadzie, reszty siebie), nie jest człowiekiem, nie przynależy do nikogo i do niczego. Jest to dość ciekawe dla czytelnika: w Zabójczej Sprawiedliwości retrospekcje Breq pozwalały na spojrzenie na jedną sytuację z wielu perspektyw dzięki serwitorom i statkowi, którego było częścią. W Zabójczym Mieczu zemsta się dokonała a Breq nie wraca już do przeszłości. Teraz  widzimy wydarzenia tylko jej oczami, więc to oczywiste, że nie możemy dostać pełnego, kompletnego obrazu a raczej jego niewielką część. Do tego nieobiektywną część, podsyconą emocjami. Samotności Breq towarzyszy tęsknota. Straciła kawał siebie i jest świadoma, że nigdy nie uda jej się zaspokoić pustki i swoich potrzeb. Do tego udaje kogoś, kim nie jest, o czym wie tylko Seivarden i medyczka służąca na Łasce. Mam wrażenie, że nawet gdyby odgrywała człowieka tak świetnie, że zgłosiłaby się do niej Akademia, by wręczyć jej honorowego Oscara, Breq już nigdy nie poczuje się pełna i kompletna.  I, przyznaję, smuci mnie to chyba bardziej niż powinno.

 

PS Idźcie i czytajcie tę książkę. Mimo że wpis nie jest jej godzien. Niemniej jednak musiał powstać, bo cisza na blogu wywoływała w Milvannie "ataczki paniczki”.

 

Zapisz

Pochwała gamera, czyli "Armada" Ernesta Cline'a

milvanna

Nigdy nie rozumiałam do końca popularnego w wielu środowiskach psioczenia na telewizję, filmy czy gry komputerowe. Że nie rozwijają. Że wręcz otępiają. Że nie są niczym innym tylko marnowaniem czasu. No i, oczywiście, że to dużo gorsze sposoby na relakss niż czytanie książek. Nie mogę się z tym zgodzić, zwłaszcza, że jako mała dziewczynka byłam w rodzinie nazywana „gazetą telewizyjną”. I wiecie co? Nie skończyłam tragicznie jako osoba, która nie wie co się dzieje w świecie i nie potrafi złożyć w miarę składnej wypowiedzi.

Z pewną fascynacją obserwuję za to czasami mojego współlokatora, który chętnie relaksuje się grając w przeróżne gry. Kiedyś robił to w moim pokoju, więc, nie ruszając się z kanapy, mogłam mniej lub bardziej dyskretnie przyglądać się temu jak lata, jeździ, strzela, szuka artefaktów czy testuje kolejne rodzaje broni. I tak pewnie tego nie przeczyta, wiec mogę przyznać, że niezmiennie podziwiałam to, ile czynności jest w stanie wykonać jednocześnie. Teraz  jednak, po przeczytaniu Armady, kolejnej powieści Ernesta Cline’a, jestem również prawie pewna, że w przypadku inwazji kosmitów, B. może niekoniecznie uratuje przed zagładą cały świat, ale przynajmniej dzielnie obroni nasz kawałek Mokotowa.

armadaArmada ma również przepiękną okładkę. Taki bonus.

Cline po złożeniu w Player One hołdu latom osiemdziesiątym i tworom popkultury, które nam przyniosła, postanowił skoncentrować się na grach. Głównym bohaterem jest Zack Lightman, nastolatek u progu dorosłości, który pochłania gry komputerowe i filmy. Nic dziwnego, ma to w genach: zarówno jego matka, jak i ojciec, który był w wieku Zacka, kiedy zginął, uwielbiali grać. Chłopak najwięcej czasu spędza na grze w Armadę, walcząc jako Żelazny Wyżeł z mątwopodobnymi kosmitami rasy Sobrukai, którzy to postanowili podbić Ziemię, zabijając wcześniej wszystkich jej mieszkańców. Sam Zack przyznaje, że nie jest to odkrywczy pomysł i czerpie garściami z wcześniej już powstałych gier, jak np. Battleffront (tak, zgadza się, wiem, co to jest; tak, czasami przekręcam nazwę), czy filmowych klasyków sci-fi. Nie przeszkadza mu to na długie godziny razem z przyjaciółmi, Diehlem i Cruzem, przenosić się do wirtualnego świata.

Chłopak stwierdza pewnego dnia, że chyba przedawkował kosmiczne wojny, bo wydaje mu się, że podczas lekcji widzi przez szkolne okno Glewię – statek typowy dla Sobrukai. Początkowo zrzuca wizję na swoją wybujałą wyobraźnię i niestabilność umysłową. Zaczyna podejrzewać, że powoli traci rozum. Cóż, jaki ojciec taki syn – Zack, otaczający się rzeczami ojca, znajduje w jego notatkach teorie spiskowe, które sugerują, że twórcy gier i filmów od lat przygotowywali ludzkość na pozaziemski atak. Szybko okazuje się, że ani Lightman senior, ani junior nie są wariatami i nie do końca mijali się z prawdą. Otóż Armada i poprzedzająca ją Terra Firma, nie są tylko grami, ale materiałem szkoleniowym, który ma przygotować ludzkość do wojny w przypadku nieuchronnej napaści kosmitów na biednych, niczego nieświadomych ludzi. Ten moment właśnie nadszedł, źli kosmici lecą, żeby zniszczyć Ziemię. A tak się składa, że Żelazny Wyżeł to jeden z najlepszych pilotów w Armadzie. Czy zostanie zwerbowany? Czy uda mu się rozwiązać konflikt? Czy pogodzi się z przeszłością swojej rodziny? Będę okrutna – nie powiem.

W powieści wszystko dzieje się bardzo szybko, tak szybko, że w zasadzie nie możemy dokładnie poznać postaci. Nie ma czasu na długie dyskusje, kiedy zegary odliczają czas do kolejnej fali ataku. Bohaterów łączy jednak specyficzna więź, znają się w końcu z gry, wiedzą więc o sobie wiele (to trochę tak jak z nami i internetami – wielu z nas nigdy nie porozmawiało w rzeczywistości, ale i tak sporo moglibyśmy powiedzieć o sobie nawzajem, prawda?). Relacje Zacka z innymi może i są przez Cline’a tylko zarysowane, jednak i tak całkiem nieźle pokazują, jakim jest człowiekiem. Widać, że bardzo kocha swoją matkę; że nie godzi się na parszywe traktowanie innych; że na jego życiu silne piętno odcisnął brak ojca.  Dla niektórych czytelników może to być zapewne niewystarczające, ale ja nie zaliczam się do tej grupy.

Muszę jednak przyznać, że gdzieś z tyłu głowy cały czas miałam myśl, że oto czytam kolejną książkę autora Player One, którą miałam w rękach jakieś lata świetlne temu. Może to i dobrze, bo teraz pamiętam głównie to, że powieść mnie porwała i próbowałam zmusić do jej przeczytania prawie wszystkich znajomych (z dużą skutecznością, dodam nieskromnie). Wydaje mi się, że Armada mogłaby jednak nie udźwignąć porównania z debiutem Cline’a. Absolutnie nie dlatego, że jest słaba; dlatego, że ta pierwsza była, w mojej opinii, rewelacją. Cline chyba po raz kolejny napisał książkę, którą sam chciałby przeczytać, że zacytuję siebie. Tym razem chyli czoła przed twórcami związanymi z science fiction oraz światem nauki, który niezmiennie ich inspiruje. Myślę, że w jakimś stopniu jest to też podziękowanie za to, co ukształtowało go jako człowieka i autora.

Podsumowując, chciałabym tylko uprzedzić znajomych, że Armadę również będę mniej lub bardziej natarczywie polecać. Bo to bardzo przyjemna rozrywka. Co więcej, jest to też niezbity dowód na to, że jeżeli sami nie jesteśmy do końca wkręceni w gry, a naszym największym osiągnięciem jest skok Małyszem na mamuciej skoczni, to warto otaczać się ludźmi, którzy w razie ataku kosmitów, pomogą nam ochronić nasz dobytek i, może, życie. Przyznaję, że sama stworzyłam sobie dogodne warunki mieszkaniowe. Mogę mieć pewność, że w przypadku inwazji razem z N. będziemy sobie przekąszać przygotowane przez nią pyszne czekoladowe ciasto, a B. w tym czasie zajmie się odpieraniem ataków.

 

P.S. Ostatnio przyłapałam B. na zabijaniu ghuli. Delikatnie zasugerowałam, że może jednak polatałby samolotem i spróbował zestrzelić jakiegoś wroga. Odpowiedział, że trzeba być gotowym na każdą ewentualność, bo nigdy nie wiadomo, co kryje się pod ziemią. Słusznie. Różnorodność ćwiczeń ponad wszystko.

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci