Menu

Książki mojej siostry

Czytamy fantastycznie

O tym, że niełatwo wychować anioła, czyli "Dożywocie" Marty Kisiel

milvanna

Miewam czasem tak, ciekawe, czy Wy również, że po przeczytaniu pierwszego zdania w książce, choćby nie wiem jak bezsensowne by było, wiem, że będzie dobrze. Że lektura mnie nie zawiedzie a, kto wie, może mnie w sobie rozkocha i wpłynie na moje życie. Tak, brzmi to egzaltowanie, ale cóż mogę zrobić? Tak było po pierwszych słowach Domu duchów Isabel Allende. Przeczytałam o Barabaszu, który przyjechał do Clary drogą morską, a kilka lat później, w znacznym stopniu pod wpływem powieści, zdawałam egzamin na iberystykę. Po Dożywociu Marty Kisiel nie spodziewam się życiowych przełomów, ale odkąd przeczytałam, że „Wszystko było nie tak”, wiedziałam, że bez obaw, wszystko będzie bardzo „tak”.

idozywociemartakisiel

Konrad Romańczuk, pisarz po trzydziestce, otrzymuje w spadku po dalekim krewnym uroczą Lichotkę, dom na uboczu, w znacznej odległości od dużego miasta. Przeprowadza się więc niemal w dzicz i wszystko byłoby piękne i przyjemne, gdyby nie fakt, że dom zamieszkuje kilkoro nietuzinkowych lokatorów, którymi to Konrad ma opiekować się dożywotnio. Przy czym mówimy tu raczej  o końcu jego dni, bo lokatorzy to anioł, upiór i pradawny stwór, odpowiednio Licho, Szczęsny i Krakers, którzy raczej go przeżyją. Trudno ich nie pokochać. Licho, wiecznie w za dużej koszulce i bez spodenek, z alergią na własne skrzydła, które regularnie wyrywa, uwielbia sprzątać i jest urocze w swojej niewinności i naiwności. Szczęsny to dwukrotny samobójca (powiedzmy, próbował się romantycznie zabić również po śmierci), poeta-romantyk, co to nie zniósł cierpień nieszczęśliwej miłości, a raczej zakochania się w jednej z pierwszych kobiet, na które padł jego wzrok. Teraz, od jakichś dwustu lat, zajmuje się głównie doprowadzaniem do pasji Konrada, ale również poezją, robieniem nalewek i robótkami ręcznymi. W końcu Krakers, stwór przywołany z piekielnych otchłani przez przodków Konrada, radośnie poświęca się by domownicy jedli dobrze i smacznie, taki król kuchni. Całość inwentarza dopełnia kilka utopców i kotka, Zmora, która obdarzyła Konrada ciepłym uczuciem odwzajemnionym od początku (istnienie takiego kota jest chyba równie zaskakująca jak przyjaźń z aniołem). W utrzymaniu domu od lat pomaga Kusy, który mieszka stosunkowo niedaleko, pomaga z zakupami i piciem nalewek. Z czasem pojawia się jeszcze królik Licha, Rudolf Valentino. Pokochałam go za jego złośliwość i podstępność (dobra, różowe futerko nie zaszkodziło), sugerowaną głównie przez Romańczuka, który mógł być nieco do gryzonia uprzedzony, uważając, że ten ciągle czyha na jego życie.

Romańczuk, który z początku chce uciekać i jest przerażony jak każdy średnio rozsądny człowiek, z czasem zmienia swój stosunek do Lichotki i jej mieszkańców. Dożywocie to trochę takie urywki z życia nieco porąbanej rodziny. Bardzo ciekawe, nie da się ukryć, ale, co najważniejsze, przezabawne i pięknie opisane. To, co Marta Kisiel robi z językiem sprawia, że człowiekowi robi się ciepło gdzieś w okolicach serca. Przeczytajcie sobie na głos to zdanie: „Zazdrość zżerała ich bez sztućców, zachłannie oblizując palce” (s. 215). Czyż nie smakowite? Poza tym człowiek  może mieć czasem poczucie, że oto ten właśnie moment w jego życiu jest najgorszy od dawna, że już zawsze będzie ciemno, słońce wyemigrowało do innego układu, że praca już nigdy nie będzie lepsza i ogólnie nie ma nadziei. Ale wystarczy kilka stron. Kilka stron doskonale napisanej historii przepełnionej inteligentnym poczuciem humoru, absurdalnymi sytuacjami, które powodują wybuchy śmiechu lub przynajmniej niekontrolowane parsknięcia, i człowiekowi chociaż na chwilę robi się lepiej i zaczyna mieć nadzieję, że może ta noc to jednak ma jakiś koniec. Autorka (Ałtorka?) często osiąga ten magiczny efekt za pomocą drobiazgów. Na przykład,  opisując bałagan, wspomina, że nie dość, że powstały w nim nowe formy życia, to już myślą o walucie. O! Albo takie rozważania Licha o żonach:

O żonach, tajemniczych istotach służących do równie tajemniczego rozsiewania, wiedziało zatem niewiele – bez wątpienia istniały, bywały przydatne, a czasem nawet niezbędne, tylko po co? Dlaczego? I skąd się je brało? Poskrobało się po głowie w zamyśleniu. Szymon miał jedną, często na nią narzekał i psioczył, lecz równocześnie twierdził bardzo stanowczo, że bez żony ani rusz, żona to podstawa, jedyna szansa na prawdziwe szczęście. Z kolei zdaniem Szczęsnego żony robiło się z kobiet w jakiś okrutny sposób, który sprawiał im cierpienie. Skoro stanie się żoną bolało i posiadanie żony też bolało, to czemu bez nich nikt nie mógł być tak naprawdę szczęśliwy. Zafrasowane tym niespodziewanym odkryciem Licho wsparło się na miotle. To nie miało sensu. (s.178)

Albo całe zamieszanie z mieszkańcami z okolicy, którzy próbowali ratować Licho przed, według nich, rozpustnym i pełnym niepohamowanych żądz Konradem. Albo agentka Romańczuka i jej romans ze Szczęsnym. Albo pijaniutki Szczęsny śpiewający po nocach. Albo…

Jeśli jest Wam źle, czytajcie Dożywocie. A jeśli jest Wam dobrze, też czytajcie, czemu ma nie być lepiej, prawda?

Apsik. Alleluja.

 

 

O mgłach i ich sekretach czyli cykl "Z mgły zrodzony" Brandona Sandersona

milvanna

Trylogia Brandona Sandersona Z mgły zrodzony to cykl zajmujący dużo miejsca na półce i sporo ważący*, co może być pewnym utrudnieniem, jeśli czyta się głównie w środkach komunikacji miejskiej. I to w zasadzie jej główny minus. Czytałam ją długo, przeplatałam innymi książkami, odkładałam i w zasadzie nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego. Bo patrząc na całość muszę stwierdzić, że to kawał porządnego fantasy.

zmglyzrodzonybiext4185932_emik

Świat stworzony przez Sandersona to trochę nasz wypaczony świat z bajerami. W Ostatnim Imperium czerwone słońce jest zawsze przysłonięte popiołem sypiącym się z nieba. Rośliny są pozbawione barw, choć kiedyś, przed tysiącem latem, podobno miały kolory i były, na przykład, czerwone. Kto to widział! W tej szarości i burości, żyje sobie szlachta, nosząca bogato zdobione stroje, spiskująca i knująca intrygi na wystawnych balach. W swej łaskawości pozwala jej na to Ostatni Imperator, najwyższy władca, bóg, dyktator, który dając grupie pozory władzy czy wolności, sprawuje nad nią całkowitą kontrolę. Zdecydowanie wyżej w hierarchii stoją obligatorzy, od stuleci szerzący kult Imperatora, dbający o poszanowanie dla religii, która opiera się na zamierzchłych działaniach władcy. Najmniej znaczące jest życie skaa, niewolników i biedoty, traktowanych nieraz gorzej niż robactwo. Wszystko spowija złowroga mgła pełna potworów i śmierci.

W tym właśnie świecie istnieją potężne, magiczne moce, a konkretnie trzy jej rodzaje. Allomancja, feruchemia i hemalurgia – wszystkie z grubsza polegają na tym samym, czerpaniu mocy z metali. Szczerze mówiąc, wszystko jest tak skomplikowane, że do końca nie mogłam zapamiętać jakie działania mogą wynikać z korzystania z konkretnego metalu (kto by się przejmował taką drobnostką). Allomanci, najsilniej reprezentowani w opowieści, żeby użyć magii, muszą połknąć konkretny metal. Ta siła nie jest widoczna na pierwszy rzut oka, nie można po prostu podać komuś opiłków metali i sprawdzić, czy jest allomantą Taką jednostkę trzeba złamać. W tym celu niemal katuje się dzieci na śmierć. Allomanci pojawiają się głównie wśród potomków szlachty. Nikt (ekhm, Ostatni Imperator, ekhm) nie chciałby, żeby tak potężni ludzie pojawiali się wśród niewolników, prawda? Dlatego też kobiety skaa, które zostały zgwałcone przez szlachciców, na ogół kończą martwe. Nie warto ryzykować.

studniawstapieniawiext34868298

Allomanci na ogół „specjalizują się” w korzystaniu z jednego metalu, co daje im jedną nadzwyczajną cechę. Mogą mieć umiejętność uspokajania lub podżegania emocji, przyciągania lub odpychania metalu, widzenia przyszłości. Istnieją jednak również Zrodzeni z Mgły, jednostki,  które mogą spalać wszystkie metale, co czyni je niezmiernie cennymi i niebezpiecznymi.

I tu pojawia się Kelsier. Cały otulony mgielnym płaszczem. Ocalały z Hatsin, potężny Zrodzony z Mgły, który ma na pieńku z Ostatnim Imperatorem, przewodzi ekipie ludzi żyjących nieco poza granicami prawa i jednocześnie staje na czele rebelii. Celem ekipy jest początkowo przejęcie zapasów najcenniejszego z metali, atium, zdobycie bogactwa a, przy okazji, obalenie tyrana. Do ekipy dołącza młoda dziewczyna, Vin, złodziejka skaa, bita i tłamszona najpierw przez brata, a później przez mężczyznę, dla którego pracuje. Okazuje się, że również ona jest Zrodzona z Mgły, a jej moc może z czasem dorównać nawet tej Kelsiera.

Możemy uznać to za punkt wyjścia historii. W opasłych tomiszczach akcja toczy się momentami dość leniwie (co nie oznacza wcale „nudno”), by nagle przyspieszyć, wyhamować, zawrócić i skręcić w lewo. Mamy tu upadek imperium, walki między szlacheckimi rodami, skrytobójców, upadających bogów, bunty, moce, leżące u podstaw istnienia. Mamy tu niemal wszystko, a jednak nie zostajemy przytłoczeni mnogością wątków czy bezsensownych szczegółów. Nawet jeśli na początku coś wydaje się być zbędnym elementem, okazuje się ważne. Sanderson nie zapomina  o niczym, a ja postanowiłam to zaakceptować gdzieś w połowie drugiego tomu.

W trylogii urzekają postaci. Początkowo może się wydawać, że jest ich sporo i nie poświęcono im zbyt wiele uwagi. Nic bardziej mylnego. Nie mogłam się zdecydować, którą z postaci powinnam uznać za „główną”, bo wielu z nich Sanderson poświęca sporo czasu. Pierwszym, oczywistym wyborem jest Kelsier, charyzmatyczny buntownik, który z inteligentnego łotra zmienia się w obiekt kultu. Jest Elend, przeintelektualizowany, szlachecki idealista o dobrym sercu. Jest Sazed, feruchemik, który w swoich metalowych bransoletach przechowuje wiedzę o wszystkich znanych mu religiach, których zakazał Imperator. Jest też wiele postaci z pozoru mniej ważnych, które stają się w końcu kluczowe dla toczącej się oopowieści.

Jest w końcu Vin. Vin, która przez większość cyklu wydaje się być najważniejszą kobietą we wszechświecie (że pozwolę sobie zacytować Doctora), która z poniewieranej dziewczynki przeistacza się w gwiazdę szlacheckich salonów. Dziewczyna, która nie czuje się za dobrze w ekipie Kelsiera i nikomu nie ufa (tego właśnie nauczył ją jej brat), zmienia się w końcu w osobę, która jest skłonna do największych poświęceń z miłości i wiary w innych. Nie mówię tu tylko o miłości romantycznej, gdyż ten akurat wątek wywoływał u mnie początkowo zgrzytanie zębami (możemy założyć jednak, że nie powinnam po prostu była w tym konkretnym momencie życia czytać o romansach innych). Vin z wykorzystywanego przez wszystkich „popychadła” staje się silną kobietą, obrończynią, zabójczynią, wybawicielką. Choć czasami porusza się po omacku, ma doskonałe instynkty i jest chyba najpotężniejszą Zrodzoną z Mgły. Rozwija się, dojrzewa do swojej roli, potrafi przyjąć swoje przeznaczenie i wykorzystać je z korzyścią dla innych. I to jest fantastyczne. Nie mamy tu do czynienia z walecznym dziewczęciem, dla którego głównym jednak dylematem, pozostaje wybór odpowiedniego absztyfikanta. Dobra, taki watek na chwilę się pojawia, ale nigdy nie staje się czymś kluczowym dla bohaterki. Miłosny dylemat nie w życiu Vin trudno uznać za główny wątek historii. To raczej pewien dość krótki etap, który prowadzi do czegoś ważniejszego. Do rozwoju, dorosłości. Czy nie tak właśnie wygląda to w życiu?

bohaterwiekowwiext34546832

W trylogii bardzo ważne są też legendy, proroctwa, zamierzchłe historie. Wiele z nich poznajemy dzięki Sazedowi. Cudowne jest też przeplatanie rozdziałów fragmentami, powiedzmy, historycznych zapisów. W każdym tomie, jest to inna opowieść. Jeśli Sazed lub Vin pracują nad rozszyfrowaniem jakiegoś pisma, o tym, co odczytali, dowiemy się właśnie w tych częściach pomiędzy rozdziałami. To uzupełnienia opowieści, ale też częściowo historia czy podstawy mitologii Ostatniego imperium. I tego, co po nim następuje.

W książkach Sandersona chyba najbardziej podobało mi się to, że to, co w wielu innych powieściach (pamiętacie Władcę pierścieni?) jest końcem historii, tu było początkiem. Okazuje się, że fajnie jest obalić dyktatora. Super. Świat jest teraz wolny! Tylko, co dalej? Kto obejmie władzę? Czy powinien być to idealista, który chciałby równości dla wszystkich? Czy kolejny tyran? Jak daleko można się posunąć w kompromisach, żeby zachować pokój i nie zaprzedać wyznawanych wartości? Czy to wszystko, tak po prawdzie, ma w ogóle sens? Czy władca nie jest tylko pionkiem? I który władca jest tak naprawdę „dobry”?

Zaczynam wpadać powoli w jakiś niebezpieczny strumień świadomości, więc na koniec powiem tylko: idźcie czytać, bo cykl Z mgły zrodzony jest mądry i zaskakujący. Mam nadzieję, że nie tylko ja zupełnie nie spodziewałam się zakończenia.

 

*Ta trylogia to w zasadzie połowa cyklu. Pora zamontować więcej półek.

O lewackiej księżniczce w cyklu "Królowa Tearlingu" Eriki Johansen

grendella

Literatura fantasy ma to do siebie, że przetwarza motywy wykorzystane znacznie wcześniej. Cofać by się tu można do mitologii, baśni, epiki heroicznej, romansu rycerskiego, powieści awanturniczej – to tam spotkamy archetypowych herosów, łotrzyków, czy rycerzy zabijających smoki i zdobywających serca eterycznych księżniczek. Tam też można doszukiwać się toposów tak często występujących w fantasy - walki dobra ze złem, wyprawy inicjacyjnej, ofiary bohatera, by ocalić świat, magii, fantastycznych istot. To one (w różnych jednakże proporcjach) inspirowały Roberta E. Howarda, C.S. Lewisa i J.R.R. Tolkiena. Ci z kolei inspirowali kolejnych twórców, którzy albo podążali utartymi szlakami, albo zbaczali z głównej drogi i wydeptywali sobie inną ścieżkę. I tak to sobie trwa, powiedziałabym, aż do dziś. Różne to ścieżki, ale większość z nich wyznaczali panowie – pisarze o mniejszym lub większym talencie – zaludniający (co mnie naprawdę nie dziwi) swoje powieści białymi bohaterami płci męskiej. I choć kobiety się w tych powieściach pojawiały, to rzadko stawały się głównymi bohaterkami. A nawet jeśli bywały dla akcji kluczowe, to nieczęsto poznawaliśmy świat i akcję z ich perspektywy. Taki mieliśmy klimat.

Jak wiadomo, klimat się jednak zmienia. Niektórzy, w tym wydawnictwa, zauważają, że kobiety stanowią jakieś pięćdziesiąt procent populacji i że również po fantasy sięgają. A skoro tak, to przydadzą się książki, w których bohaterki będą bardziej przekonujące, aktywne i sprawcze. Mam jednak wrażenie, śledząc przeróżne internetowe dyskusje* i słuchając własnych studentów płci obojga, że literatura fantasy, w której główną rolę gra kobieta, postrzegana jest nieco inaczej – a mianowicie, jako kierowana właściwie tylko do kobiet. Z kolei powieści z bohaterem męskim uznawane są za fantasy dla wszystkich. I ja mam z tym pewien problem. Bo widzicie, rozumiem, że kobiety mogą sobie wyłuskać z pisanej z męskiego punktu widzenia literatury tak zwany „przekaz ogólnoludzki”**. Tylko że naiwnie sądziłam, że w drugą stronę też to powinno działać. Tymczasem, okazuje się, że częściej chyba jednak nie działa.

I tak oto dochodzimy do cyklu Królowa Tearlingu Eriki Johansen, którego bohaterką jest Kelsea, księżniczka – po śmierci matki ukryta w chatce w dziczy i wychowana tam przez dwoje oddanych jej ludzi – która po ukończeniu dziewiętnastu lat ma wrócić do podupadłego nieco zamku i objąć należną jej z urodzenia władzę, pełnioną tymczasowo przez wujka, któremu do modelowego władcy daleko. Co też się dzieje. Przy czym okazuje się, że Kelsea, choć pełna ideałów, zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, w jakiej sytuacji znajduje się jej królestwo. Pierwsza część cyklu, Królowa Tearligu, koncentruje się na jej dorastaniu do roli władczyni i walce z dość demoniczną Czerwoną Królową, która jest wszystkim tym, czym Kelsea nie jest – kobietą piękną, narcystyczną, władczą, okrutną, i egoistyczną. W Inwazji na Tearling, drugim tomie, wojna nadal trwa, a Kelsea ma problemów jeszcze więcej niż w części pierwszej, ale pojawia się nowy, dość zaskakujący element - przedziwne wizje głównej bohaterki dotyczące czasów sprzed Przeprawy, w których przygląda się życiu nieznajomej kobiety o imieniu Lily. Łączy je jakaś przedziwna, niewyjaśniona przez dłuższą część narracji, więź . I choć w świecie Kelsea dzieje się wiele, to właśnie na te wizje ze świata Lily najbardziej czekałam.

krlowa_tearlingu

Wspomniałam o Przeprawie, bo to bodaj najciekawszy motyw cyklu. Nie chcę psuć zabawy, bo sposób i kolejność w jakiej podawane są informacje jest przemyślany, ale trudno ten wątek pominąć. Na początku mamy wrażenie, że przodkowie Kelsea po prostu przypłynęli z kraju, w którym działo się źle, na nowy kontynent, by stworzyć sobie lepszy świat. Podróż była trudna, pierwsze lata na nowym lądzie zapewne jeszcze trudniejsze, a główna akcja powieści toczy się parę pokoleń później. W pewnym momencie okazuje się jednak, że z czasów sprzed Przeprawy ocalało bardzo niewiele książek, między innymi Władca Pierścieni i seria o Harrym Potterze… I tu właśnie zaczęłam czytać z większym zainteresowaniem. Bo widzicie, mamy do czynienia z pseudo-średniowiecznym społeczeństwem, słabo rozwiniętym pod względem technologicznym, dziesiątkowanym przez głód i choroby, w którym codziennością są przemoc i śmierć. Tylko że okazuje się, że akcja nie jest umiejscowiona w zamierzchłej przeszłości lecz bliżej nieokreślonej przyszłości… Co poszło nie tak – zaczęłam sobie zadawać pytanie - że ludzkość zafundowała sobie średniowiecze po raz drugi?

I chyba głównie przez to pytanie sięgnęłam po tom drugi, który, co raczej niezwykłe, okazał się lepszy niż pierwszy. To właśnie w Inwazji na Tearling dowiadujemy się o tych czasach więcej i robi się mroczniej. Otóż, przed Przeprawą, ludzkość stworzyła sobie prawdziwie dystopijny koszmar, inspirowany i Rokiem 1984 George’a Orwella, i Opowieścią podręcznej Margaret Atwood. Kastowe społeczeństwo, wszechobecny monitoring, kobiety traktowane jak istoty niższej kategorii, czy wręcz własność swoich mężów – świat, w którym samodzielne myślenie jest przestępstwem. Autorka nie szczędzi brutalnych szczegółów, realistycznie opisując przemoc domową, gwałt małżeński, tortury. Z tego właśnie świata udaje się uciec starannie dobranej grupie ludzi pod wodzą charyzmatycznego lidera. A że w czasach, gdy świat stał się globalną wioską rządzoną przez korporacje nie sposób już stworzyć innego społeczeństwa, ucieczka staje się wyprawą do innej czasoprzestrzeni, w której można zacząć wszystko od nowa i zbudować lepszy świat, w którym nie będzie ani nierówności społecznych, ani rasowych, ani płciowych. A że się nie udało? No cóż, nie udało się Noemu po potopie, nie wyszło purytańskim Pielgrzymom, którzy na Mayflower wyruszyli do Ameryki, nie wypaliły idee socjalistyczne. Rzeczywistość Tearlingu to efekt kolejnej utopijnej próby naprawy świata, która znowu poszła nie tak. Dlaczego? Bo ludzie są jacy są i najwyraźniej nie uczą się na błędach.

inwazja_na_tearling

Taki to mało radosny wniosek nasuwa się po lekturze pierwszych dwóch tomów cyklu. Ale księżniczka Kelsea odziedziczyła ten przedziwny gen, który napędzał wszystkich reformatorów. Wierzy, że edukacja może uczynić cuda, nie wierzy za to, że cokolwiek dobrego może zdziałać kościół, z którym zupełnie jej nie podłodze. Wierzy, że rolą władczyni jest dążenie do poprawy losu zwykłych ludzi, a nie spełnianie własnych zachcianek. Wierzy, że dobra da się sprawiedliwiej redystrybuować, i że feudalno-kapitalistyczny system ekonomiczny w Tearlingu jest z gruntu zły. A na dodatek widzi, że sytuacja kobiet niewiele się zmieniła – bo widzicie w Tearlingu zakazana jest antykoncepcja, a za aborcję karze się śmiercią zarówno kobietę, która się jej poddała, jak i lekarza. Krótko mówiąc, Kelsea jest księżniczką dość lewacką. I zwyczajną, trochę zakompleksioną, dziewczyną o dość pospolitych (przynajmniej w jej oczach) rysach, nieco przy kości, bo lubi dobrze zjeść. Uczy się nie tylko władzy, ale i życia – po raz pierwszy się upija, po raz pierwszy kocha, po raz pierwszy musi się zmierzyć z presją społecznych oczekiwań. Wolałaby nie zmieniać systemu, tylko wieść normalne życie, ale niestety ktoś musi.

Królowa Tearlingu nie jest może cyklem, który będzie stanowił kamień milowy literatury fantasy. Jest w nim trochę łopatologii i uproszczeń, które mogą irytować. Ale jednak jest w nim również pewna świeżość, wynikająca ze zmiany rozmieszczenia akcentów. Z jednej strony można Erice Johansen zarzucać, że wykorzystuje ograne schematy, po prostu zastępując głównego bohatera bohaterką. Z drugiej już sam ten zabieg pewne schematy obala, bo wprowadza totalnie inną perspektywę. Inaczej gwałt i przemoc wobec kobiet wyglądają u G.R.R. Martina, a inaczej u Johansen, uwierzcie. Czy cykl o Tearlingu będzie potraktowany jako ta „słabsza” fantastyka dla kobiet, zapewne na dodatek „młodych”? Pewnie przez wielu tak. Dla mnie to świadomy ukłon w stronę dziewcząt, dziewczyn i kobiet, które fantastykę czytają i chciałyby być podmiotem - nie przedmiotem – opowieści. Świadczy o tym chociażby ta scena:

Przejrzała półki, w głębi duszy wiedziała jednak, że nie znajdzie prawdziwych książek przygodowych, które nie miałyby męskiego bohatera. Przebiegła palcem po dolnej półce i znalazła oprawiony w zieloną skórę tom ze złotym toczeniem na grzbiecie. Wyjęła książkę i podała ją Aisie.

- Nie ma w niej dziewczyn. Ale jeśli Ci się spodoba, to w drugiej części występuje żeńska postać” (Królowa Tearlingu, str. 312)

Zgadniecie o jaką książkę tu chodzi?

 ---

 * Proszę mnie nie prosić o konkretne cytaty, bo wybaczcie, ale nie będę robić głębokiego riserczu, jako że mam inne risercze na głowie. Pamiętam, na przykład, że śledziłam kiedyś dyskusję na temat Gildii Magów Trudi Canavan. Generalnie zgadzam się, że cykl ma wady i do ideału mu sporo brakuje, ale nie jest to też totalna szmira, do której przeczytania wstyd się przyznawać.

** Bywa trudno. Uwielbiałam książki o Tomku Wilmowskim, ale dzielnych dziewczynek naprawdę mi w nich brakowało.

---

Opinię znajdziecie również w serwisie:

biblionetka_logo1

Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Zapisz

Zapisz


Zapisz

Londyn na bogato, czyli "Hanging Tree" Bena Aaronovitcha

milvanna

Kiedy wybrałyśmy się z Grendellą w sierpniu do Londynu, do ostatniego dnia przed wylotem nie miałyśmy jakoś jasno sprecyzowanych planów turystyczno-rekreacyjnych. Kilka pewników miałyśmy jednak na liście, a oprócz spędzenia czasu z siostrą cioteczną, wizyty u Harry’ego Pottera (czyli w studiu Warner Bros – serio, polecamy gorąco) i Poskromienia złośnicy w Globe, na jej czoło trafiło odnalezienie Folly, do czego, jak łatwo się domyśleć, zainspirował nas Ben Aaronovitch i moje nieskończona miłość do Petera Granta. Tak więc pojechałyśmy na Russell Square, uzbrojone w nasze ledwie łapiące zasięg telefony, których używałyśmy głównie do porównywania zdjęć domniemanego Folly z opisami i otaczającymi nas budynkami. Efekt był taki, że chodziłyśmy jak potłuczone wśród mediów i policjantów, gdyż kilkanaście godzin wcześniej dokładnie tam nożem zaatakowano kobietę. W ten oto sposób znalazłyśmy się prawdopodobnie w każdych wiadomościach tego popołudnia. A co do budynku pełnej pewności nie mamy do tej pory. Za Folly uznałyśmy ten:

WP_20160804_008_21

Chyba.

Przyznam szczerze, że dobrze, że pojechałyśmy w naszą podróż zanim przeczytałyśmy kolejną część cyklu, ponieważ wakacyjne wspomnienia pomogły mi w cierpliwym oczekiwaniu na książkę. W Hanging Tree Peter Grant (och, Peter)  odkrywa przed nami kolejną twarz miasta. Poznajemy bogaty Londyn, pełen ekskluzywnych mieszkań, drogich samochodów i nieco rozpieszczonych dzieci. Wszystko za sprawą córki Lady Ty, czyli wnuczki Mamy Tamizy, która wplątuje się w niemałą aferę, w której główne role grają narkotyki i śmierć zamożnej nastolatki. Wpływowa Lady Ty przypomina zatem Peterowi, że nie tak dawno uratowała mu skórę, więc czas najwyższy, by odpłacił się podobną przysługą i pomógł udowodnić niewinność jej córki. Intryga okazuje się oczywiście bardziej skomplikowana, niż można było początkowo zakładać, a wydarzenia okazują angażują bliższych i dalszych znajomych. Przez dalszych rozumiem tu na przykład agentkę FBI zza oceanu, którą poznaliśmy już wcześniej, przez bliższych – Lesley May i Człowiek bez Twarzy, który, o dziwo, też zostawia ślady i można go odnaleźć. Przy czym lepiej nie robić tego na własną rękę. Do tego, w obiegu pojawia się wyjątkowo cenna księga, na której magiczne łapki chcą położyć nie tylko pracownicy londyńskiej jednostki specjalnej i ich największy wróg, ale też kolejni, nowi bohaterowie.

hanging_tree

Zaczynając od wad powieści, chociaż używam określenia „wada” nieco na wyrost, muszę zaapelować: Panie Aaronovitch, daj mi pan więcej Nightingale’a! Nie mów mi, że on gdzieś tam toczy jakiś pojedynek, tylko mi tę walkę pokaż, bo niewiele rzeczy mogło mnie ucieszyć w tym miesiącu tak, jak potężny mag pokazujący Tym Złym, gdzie jest ich miejsce w szeregu. Kolejna rzecz, której mi brakowało, to dowcip. Nie znaczy to, że Hanging Tree jest nudne i poważne. Jednak nie wywoływało we mnie tylu parsknięć i głośnych chichów, co poprzednie części.

Co mi się natomiast podobało, to fakt, że magiczny świat Londynu staje się coraz szerszy. Aaronovitch udziela czytelnikowi odpowiedzi na wiele postawionych wcześniej pytań, pokazuje powiązania pomiędzy bohaterami, zależności i zażyłości. To nie są jednostki rzucone w jakąś próżnię, lecz postaci budujące całą magiczną społeczność – nie tylko teraz, ale też w przeszłości. Widzę w tych relacjach sens i pewną logikę, co zawsze jest w cenie. Cieszy mnie rozbudowanie relacji Petera z Sahrą Guleed, potencjalną gwiazdą londyńskiej policji, dziewczyną bystrą, z którą główny bohater tworzy doskonały duet. Mam nadzieję, że nie awansuje zbyt szybko i zostanie z Grantem na dłużej. Zasłużył chłopak na dobrą koleżankę, zwłaszcza, że wcale nie pogodził się z tym co stało się z Lesley.

Odkąd hurtem przeczytałam trzy pierwsze części cyklu, przy każdej kolejnej powieści na początku towarzyszy mi lekki niepokój, że może Aaronovitch nie sprosta moim oczekiwaniom i zafunduje mi rozczarowanie. Chyba muszę się z tego w końcu wyleczyć. Stresuję się tylko bez sensu, dodając memu licu kolejnych zmarszczek, a wszystko i tak kończy się dobrze. Oddechem ulgi, satysfakcją i radością. No i jeszcze odrobiną smutku, że trzeba będzie czekać na kolejną książkę.

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci