Menu

Książki mojej siostry

Gadamy

O dziewczynce, która widziała wróżki, czyli "Wśród obcych" Jo Walton.

milvanna

„Nie da się uprawiać magii za pomocą książek,

chyba że to bardzo szczególne egzemplarze” (s.99).

A takich egzemplarzy chyba nie ma na świecie zbyt wiele. Zgodnie twierdzimy, że jednym z nich jest „Wśród obcych” Jo Walton. Pierwszy raz książka wpadła w nasze ręce dokładnie 6 stycznia (nie pytajcie, Milvanna ma pamięć słonia), kiedy odwiedziłyśmy naszą sąsiadkę, przyjaciółkę i przyszywaną siostrę w jednym. Zakupiła akurat tę książkę zupełnym przypadkiem. Po kilku miesiącach postanowiła oddać ją Grendelli. Ot tak. Grendella pożyczyła Milvannie. „Wśród obcych” zauroczyło nas na tyle, że postanowiłyśmy schować ją w kącie i z nikim nie dzielić. Moc książki okazała się silniejsza i po prostu musiałyśmy posłać ją w świat, do Doliny Kulturalnej. I jak tu nie mówić o magii?

Ten magiczny egzemplarz nas opuścił. Autorce podobała się polska okładka. Można o tym poczytać tu.

Grendella: Jednym z magicznych aspektów tej książki jest to, że zależnie od tego jak wolimy, możemy ją czytać jako powieść realistyczną albo fantastyczną. Główna bohaterka, nastoletnia Mor, traci w wypadku samochodowym siostrę bliźniaczkę, a wraz z nią jakąś ważną część siebie. Okaleczona fizycznie i psychicznie, ucieka od matki, trafia do ojca, którego właściwie nie zna, by po chwili znaleźć się w szkole z internatem, zupełnie nie przypominającej Hogwartu, gdzie wyraźnie odstaje od innych dziewcząt. Czysty realizm, prawda? Rzeczywiście, realistycznych szczegółów nie brakuje, podkreśla to pierwszoosobowa narracja w formie dziennika. Cóż więc w całej opowieści fantastycznego? Otóż Mor po prostu widzi wróżki.

Milvanna: No właśnie, ona je widzi tak po prostu, zwyczajnie. Tak jak dostrzega się siedzącego na płocie kota. Wróżki to chyba jednak jeszcze bardziej dzikie stworzenia. Pomagają, kiedy mają na to ochotę i w dość specyficzny sposób, co może nawet prowadzić do tragedii. Wróżki rzadko przypominają tolkienowskie elfy. Owszem, mogą być piękne, ale często spotyka się również prawdziwe maszkary. Co ciekawe, występują głównie w miejscach, które w jakiś sposób łączą człowieka i naturę, na przykład w ruinach w lesie. No i zdecydowanie trudniej wpaść na nie w Anglii niż w Walii, skąd pochodzi Mor. Wróżki nie mogą same wpłynąć na świat, potrzebują do tego ludzkiego wsparcia. I mogły na nie liczyć ze strony sióstr. Tylko wspólnie mogły przecież próbować powstrzymać zło kryjące się w ich matce.

A ten do nas za jakiś czas trafi.

Grendella: Magia w tej książce jest, jak w którymś momencie mówi sama Mor, inna niż w wielu powieściach fantasy. Z jednej strony istnieje w zupełnie codziennych sferach, np. w gotowaniu, czy akupunkturze, która magicznie uśmierza ból. A z drugiej jest niebezpieczna, nieprzewidywalna i nigdy nie wiadomo, jak i czy w ogóle zadziała. Trudno nad nią zapanować. Mor ma mieszane uczucia wobec magii i korzystania z niej: magia obronna jest ok., ale taka zmieniająca rzeczywistość już nie. Matka Mor z kolei jawi się jako zła baba jaga, której pobocznym celem jest zniszczenie córki, a ostatecznym – opanowanie świata. Tylko, czy aby na pewno tak jest? Na ile wiarygodna jest Mor jako narratorka?

Milvanna: Dokładnie. Tak naprawdę nie wiemy, na czym polega to zło tkwiące w matce. Może była niezrozumianą ekscentryczką? Może miała jakieś problemy psychiczne, które jeszcze wyostrzyła śmierć dziecka? Też mam wątpliwości, co do wiarygodności Mor. Jest nastolatką, która przeżyła koszmar, straciła siostrę, cząstkę siebie. Nie do końca potrafi poradzić sobie z traumą, zwłaszcza, że od wypadku nie minęło przecież dużo czasu. No a sztaby pomocnych ludzi i psychologów jakoś się w kolejce do dziewczyny nie ustawiają. Ostatecznie jest zagubioną, samotną dziewczynką. Czasami już prawie brałam ją za twardo stąpającą po ziemi osobę, a tu nagle, trach! Weźmy, na przykład, jej histerię związaną z przekłuwaniem uszu (no bo to przecież ułatwiłoby jej ciotkom magiczną kontrolę nad nią). Albo całą niepewność związaną z faktycznym istnieniem klubu książki, do którego należy. Czy działania magiczne Mor sprawiły, że klub zawiązał się w przeszłości? Czy ludzie, lubią ją tak po prostu, czy to ona ich do tego zmusiła?

     

Później Milvanna będzie czytać po hiszpańsku, a Grendella sylabizować po niemiecku.

Grendella: Czytając ten fragment o przekłuwaniu uszu, pomyślałam sobie, że pewnie nie widzę wróżek i w ogóle nie znam się na magii, bo za dużo dziurek w uszach w czasach młodości chmurnej i durnej sobie zrobiłam ;). Ale wracam do Mor. Fenomenalna postać. Bo masz rację, jako narratorka rzeczywiście jest niewiarygodna i otrzymujemy niezmiernie subiektywną wersję wydarzeń, w której istnieje magia. Ale jednocześnie, jest niezwykle prawdziwa – ból w nodze, o którym pisze, jako o integralnej części swojego życia, pierwszy alkohol i pocałunek z chłopakiem, którego właściwie nie zna, na prywatce przy dźwiękach The Clash – wszystko to w formie zapisków z pamiętnika, bardzo wiarygodnych moim zdaniem, nastolatki końca lat siedemdziesiątych. To co sprawia, że jest nastolatką wyjątkową, to jej refleksyjność – Mor naprawdę myśli: o sobie, o świecie, o ludziach wokoło, a wiele jej refleksji wywołują namiętnie czytane książki.

Milvanna: Piękne jest to, że czyta głównie sci-fi i fantasy a to właśnie te gatunki pomagają jej zrozumieć rzeczywistość. Dają jej jednak, moim zdaniem dużo więcej. Czytanie to dla niej w zasadzie jedyny sposób na nawiązanie nowych relacji z innymi. Wystarczy tutaj wspomnieć o ojcu. To dla niej zupełnie obcy człowiek, który zaczyna stawać się bardziej ludzki, kiedy rozmawiają czy piszą do siebie o książkach. Najlepiej czuje się w szkolnej czytelni, lokalnej bibliotece, księgarni, czy podczas spotkań wspomnianego już klubu książki. One są nie tylko odskocznią, ale źródłem inspiracji. One ją kształtują. Swoją drogą, lista przeczytanych przez nią książek jest dość imponująca, a w szybkości czytania prześciga Ciebie, mamę i babcię razem wzięte.

Grendella: No właśnie! Dorastanie Mor wiąże się głównie z książkami, i to sci-fi i fantasy – gatunkami, które w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w żaden sposób nie wiążą się z głównym nurtem, a i teraz często klasyfikowane są (zwłaszcza fantasy) jako czytadła oferujące czysty eskapizm. A tu proszę, proszę, okazuje się, że prowokują do myślenia i zaskakująco dużo mówią o naszym, realnym świecie. To mnie też urzekło, ten hołd oddany przez Jo Walton i pisarzom, i książkom, i czytelnikom fantastyki. Ta książka jest jak dialog prowadzony z innymi książkami i jednocześnie, jak rozmowa prowadzona z czytelnikami, którzy przynajmniej część tych lektur znają, a jeśli nie znają, to mają ochotę jak najszybciej poznać.

Milvanna: No i oczywiście książki to w powieści to wspólna pasja sióstr. Nie zapominajmy o siostrach! Mor mimo olbrzymiej straty, jest świadoma tego, że musi stworzyć sobie świat bez siostry. Pisze:

„Gdyby żyła, chyba i tak byłybyśmy zupełnie innymi osobami […]. Chcę żyć. Wydawało mi się, że będę musiała robić to za nas obie, bo ona za siebie nie może, ale tak się nie da. Nie mam pojęcia, co mogłaby robić, czego mogłaby chcieć, jak by się zmieniała. […] Życie za kogoś jest niemożliwe” (s. 222 – 223).

Mam takie wrażenie, że wiele sióstr (za braci nie będę się wypowiadać), nieważne, młodszych, starszych czy „bliźniaczych”, zdaje sobie sprawę, że ta druga jest jednak inna. I że, na przykład, nie można czegoś za nią przeżyć, od czegoś jej uratować.

A potem może nauczymy się serbskiego?

Grendella: Nie można. Nawet, jeśli bardzo by się chciało. Walton w ogóle pisze tak, że ma się wrażenie, że trafia w samo sedno, no nie? [Milvanna właśnie siedzi i pstryka zdjęcia co lepszym cytatom, więc nie wiem, czy się ustosunkuje do tego pytania retorycznego]. To jest książka warta każdej nagrody i nominacji, jaką otrzymała. I można do niej wracać. Zaczynam chyba zazdrościć, że wybiera się do kogoś innego…

Milvanna: Uwaga, ustosunkowuję się: tak! [Grendella kradnie pomysły i teraz sama pstryka zdjęcia]. Nie zazdrość. Trzeba dzielić się szczęściem. Kupimy ją sobie po angielsku. A później nauczymy się kolejnego języka i też sobie kupimy.

Grendella: Dobra, przekonałaś mnie!



Blizna zdobi żołnierza, czyli o "Koriolanie".

grendella

Czwartkowe popołudnie było dla nas dowodem na to, że miłość naprawdę nie zna granic, nie wie, co to różnice czasowe i odległość. Pierwszym dowodem na to jest fakt, że Grendella dość spontanicznie wsiadła w autobus i przyjechała odwiedzić Milvannę w stolicy. Żeby nie było tak bezinteresownie i różowo, trzeba przyznać, że potrzebowała pewnego impulsu. Jakiego? Do działania popchnęła ją miłość do Williama Szekspira i fakt, że w Multikinie wyświetlano Koriolana. Milvanna przyklasnęła radośnie pomysłowi wspólnego seansu, bo tytułową rolę w sztuce gra przecież Tom Hiddleston, do którego obie wzdychamy. Nie miałyśmy wyjścia. Musiałyśmy Koriolana zobaczyć.

Już plakat sugeruje, co w sztuce najważniejsze: Koriolan i dużo krwi.

Milvanna: Zanim zaczniemy rozpływać się i zachwycać samą sztuką, zaznaczę, że bardzo podoba mi się współpraca British Council i Multikina, dzięki której można zobaczyć retransmisje sztuk z National Theatre Live. Spójrzmy prawdzie w oczy, nie wiem, kiedy (i czy w ogóle) udałoby mi się wyrwać do Londynu na Koriolana. Owszem, taki wyjazd na pewno da się zorganizować, pewnie nawet niewielkim kosztem, ale wymaga to zbyt dużego wybiegania w przyszłość, na co raczej nie mogę sobie pozwolić.

Grendella: Mi też zawsze łatwiej wybrać się do Warszawy niż do Londynu. Przyznaję też, że po raz pierwszy oglądałam sztukę teatralną w kinie i trochę się tego bałam. Niepotrzebnie, jak się okazało. Wracajmy do samego Koriolana, którego nie każdy przecież zna, bo nie należy do najpopularniejszych sztuk Szekspira. Główny bohater, Kajus Marcjusz, to legendarna postać z wczesnych dziejów Rzymu, który nie jest jeszcze potężnym imperium, lecz areną na której ścierają się ze sobą wrogie i wojownicze plemiona w nieustającej walce o wpływy i dominację. To czas wybitnych wodzów, gotowych prowadzić swoich podwładnych do boju, igrających ze śmiercią, nieczułych na ból. Taki jest Kajus Marcjusz, pod którego dowództwem Rzymianie zdobyli Koriole, i który właśnie po tym zwycięstwie otrzymał przydomek Koriolana – dumny, nieustraszony, kojarzący mi się z wpadającym w szał bitewny berserkiem, działający jak doskonale zaprogramowana maszyna do zabijania. Pasował ci Tom Hiddleston do tej roli?

Milvanna: Siostro, sama wiesz, że w stosunku do pewnych zjawisk, do których niewątpliwie zaliczam Hiddlestona, nie potrafię pozostać obiektywna. Według mnie był świetnym Koriolanem, ale podkreślę, że nie znałam sztuki, więc zupełnie nie zwracałam uwagi chociażby na jego wiek. To, że jest raczej młodym aktorem, moim zdaniem, doskonale pasuje do tej postaci. Podkreśla fakt, że Koriolan jest dzieckiem swoich czasów, „wyhodowanym” na żołnierza, przywódcę, dla którego wojna jest żywiołem. Odbieram go jako człowieka czynu,  który niekoniecznie sprawdza się w odstępach pomiędzy kolejnymi starciami. Który wygrywa, ale się tym nie chełpi. Chłodne analizy nie są jego mocną stroną. Może brakuje mu po prostu doświadczenia Kominiusza, który łączy w sobie cechy i żołnierza, i polityka?

Grendella: Tak, Koriolan to stanowczo człowiek wojny, nie polityk. Człowiek o wielkim ego -  nieprzypadkowe jest to czerwonem wyróżniające się „I” (ang. "ja") w tytule na plakacie, które podkreśla, że Koriolan myśli właśnie „ja, ja, ja”. Ja zwyciężam, ja gromię wrogów, mnie należy się uznanie, ja zasługuję na tytuł konsula. Nie interesują go opinie innych, nienawidzi plebsu, który postrzega jak bezużyteczne i marne robaki. Nie umie zaskarbić sobie sympatii zwykłych ludzi, pogardza nimi. Prawda jest zresztą taka, że ciężko ten plebs polubić, trybunowie ludu są mali, miałcy i po prostu obślizgli w swoich machinacjach. Wkurza człowieka, że im się udaje osiągnąć sukces i doprowadzić do wygnania największego bohatera Rzymu. Jednocześnie, jest w Koriolanie pewna skromność, która nie pozwala mu mówić o swoim bohaterstwie i poświęceniu, która sprawia, że nie do końca jest nadętym tyranem. Hiddleston gra doskonale: jego twarz raz jest pełna nienawiści i złości, by za chwilę nabrać niesamowitej miękkości i delikatności. Myślę, że na wszystkich widzach olbrzymie wrażenie zrobiła scena, w której po bitwie zmywa z siebie krew, otrząsa się z niej pod strumieniem bieżącej wody, z niedowierzaniem patrząc, jak wyłaniają się spod niej blizny.

Jak wspomniała pani reżyser, Tom Hiddleston "is passing sexy". Nawet skąpany we krwi.

Milvanna: Wydaje mi się, że dla niego krew i blizny to po prostu nieodłączny element walki, coś naturalnego, a co za tym idzie nic, czym należy się specjalnie chwalić. Ot, przytrafia się w szale walki i nie do końca wiadomo, skąd się wzięło. Zupełnie inny stosunek do okaleczonego ciała ma jego matka, Wolumnia, dzięki której Kajus Marcjusz staje się Koriolanem. Stworzyła mężczyznę, który bez głębszego zastanowienia porywa się na samotne zdobycie miasta. Jest dumna z przelewanej przez niego krwi, z każdej jego blizny, które są dla niej oznaką męstwa, potęgi i wyższości. Jej syn jest na wojnie? Cudownie! Będzie miał kolejną okazję do tego, żeby pokazać światu, że jest najlepszy, nieustraszony, że nie jest tylko człowiekiem.

Grendella: Masz rację, Wolumnia wychowała sobie nadczłowieka. Niemniej jednak takiego, który liczy się tylko i wyłącznie z jej zdaniem, to ona – sama nieugięta i obsesyjnie dumna z syna – potrafi nim manipulować, zmusić do odegrania roli, na którą Koriolan nie do końca ma ochotę. I to właśnie sprawia, że widz zaczyna widzieć w Koriolanie chłopca, który za wszelką cenę próbuje spełnić ambicje swojej matki. I to ona w końcu w ostatnich scenach jest odpowiedzialna za jego tragiczny wybór: ocaliła Rzym, straciła syna – nawet wtedy w jej oczach widać dumę. Może szkoda, że Koriolan nie skupił się na żonie, która funkcjonuje bardziej jako ozdoba niż realna postać. Ale chyba zaczynam za mocno psychologizować, co?

Dwie kobiety. Żona i matka. Ta pierwsza po prostu jest.

Milvanna: Chyba nie zaczynasz. Ciasne Donmar Warehouse, w którym wystawiana jest sztuka sprzyja takiemu psychologizowaniu. Aktorzy są blisko siebie, na niewielkiej przestrzeni, a to uwypukla relacje między nimi. Wirgilia jest cicha, płacząca i całująca. Wolumnia, znakomita Deborah Findlay, wydziera więcej przestrzeni. Koriolan, rzeczywiście, bardziej liczy się z jej zdaniem. Wirgilia pasywnie akceptuje to, co się dzieje i czeka na męża jak nowa Penelopa.

Grendella: Mnie bardzo uderzało jej milczenie. I to, że stała tyłem, podczas gdy Wolumnia, Meneniusz i Koriolan rozmawiali o polityce. Ona jest obok, funkcjonuje w innym świecie niż Wolumnia, należy do strefy rodzinnego ogniska, którą Koriolan po prostu odrzuca.

Milvanna: Skoro już wywołałaś Meneniusza, to nie mogę nie napisać, że Mark Gatiss w tej roli zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Nie powiem, że kradnie show Hiddlestonowi, bo tego nie da się zrobić. Jednak jakoś bardziej zapada w pamięć, niż Hadley Fraser i jego szalony, pełen obsesji Aufidiusz, największy wróg Koriolana. Gatiss chyba delikatnie, po cichutku wziął sobie większy kawałek sztuki, nie sądzisz?

Grendella: Myślę, że tak. Gatiss to po prostu Gatiss. Wydobywa z postaci Meneniusza to, co w niej najważniejsze. Jest patrycjuszem, ale takim, którego nie da się nie lubić: z każdym potrafi się dogadać, do każdego dotrzeć na odpowiednim dla niego poziomie, w przeciwieństwie do Koriolana zna gładkie słowa, nie jest za to wojownikiem.  Ale jest też rzeczywiście przyjacielem głównego bohatera, któremu ręce opadają, gdy widzi jego nieudolność polityczną. I gra Gatissa wszystko to podkreśla, wprowadzając momentami do sztuki odrobinę komizmu, której jak twierdzi wielu krytyków, w tej tragedii za wiele nie ma. To bardzo ciężka sztuka, taka w której momentami widz nie wie, co zrobić ze swoimi emocjami.

Milvanna: Coś w tym jest. Sądzę, że w sztuce, rzeczywiście były elementy, które Josie Rourke postanowiła pokazać jako komiczne. Natomiast śmiech widzów w niektórych scenach, mógł być takim nerwowym śmiechem. Tak widzę, na przykład, reakcję na pocałunek Aufidiusza i Koriolana, który postrzegam jako przypieczętowanie ich związku, takiego love-hate relationship. Jeden nie może istnieć bez drugiego a jednocześnie dążą do wzajemnego zniszczenia. Jak olbrzymie musi być w Koriolanie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, że decyduje się uklęknąć przed Aufidiuszem, że chce walczyć u jego boku?  Poza tym, przepraszam, może jestem niedojrzała, ale przez to, że Koriolana grał właśnie Hiddleston, momentami widziałam na scenie Lokiego.

Grendella: Ja też i myślę, że nie tylko my – od takich skojarzeń ciężko uciec… Wiesz, co? Ja bym jeszcze chciała na chwilę wrócić do specyfiki Donmar Warehouse i jego wpływu na odbiór spektaklu. Mówiłaś o jego intymności, ale jest w nim też taka surowość, podkreślająca ducha sztuki, która jest przecież tak bardzo fizyczna, pełna przemocy, krwi, i blizn. Lubię teatr, w którym jest tak dużo umowności, w którym atmosferę buduje się oszczędnymi środkami wyrazu. Kilka linii namalowanych na podłodze, grafitti na ścianie, drabina po której tylko Koriolan ośmiela się wejść. To samo z kostiumami, bez przepychu, bez nadmiernej antyczności, jedynie elementy, które sugerują, że rzecz dzieje się w Rzymie, a do tego zwykłe martensy. To pozwala się skupić na tekście, na słowie, na Szekspirze po prostu.

W prostocie siła.

Milvanna: Zgadzam się w całej rozciągłości. Poza tym, Szekspira, owszem, na pewno warto czytać, ale jeszcze lepiej jest go oglądać. A na koniec zaznaczę, uwaga – teraz będzie wyświechtany frazes, jego sztuki są ponadczasowe i zawsze aktualne.

Grendella: A jakże, bo Szekspir wielkim poetą był. Przypomniało mi się jeszcze, że jeden z moich studentów, raper zresztą, powiedział kiedyś, że czuje Szekspira, dopiero gdy go słyszy. I rzeczywiście tak jest. Momentami zamykałam oczy tak podobała mi się melodia języka. I choć Koriolana przeczytałam w życiu dobrych parę razy, dopiero teraz go poczułam.

Milvanna: To co? Król Lear w czerwcu?

Grendella: Obowiązkowo.

 

O Koriolanie pisały również: Zwierz popkulturalny i Ninedin. Polecamy lekturę.

 



Hobbit i dużo elfów, czyli Grendella i Milvanna rozmawiają.

milvanna

Nie ukrywamy, że ostatni rok pożegnałyśmy bez większego żalu. Jednym z plusów ostatnich dni grudnia, była nasza wspólna wycieczka do kina na drugą część ekranizacji Hobbita. Grendella wycofała się ze wstępnych planów tłumnego oglądania „Pustkowia Smauga” , Milvanna jednak nie mogła się doczekać i obejrzała film ze znajomymi. Spodobało jej się na tyle, że trzy dni później siedziała razem z Grendellą w tym samym kinie, gdzie razem tupały nóżkami, podjadały popcorn i popijały go ulubioną PEPSI z dyspozytora (wiecie, ona jest wtedy taka lekko rozgazowana, mniam). Dzisiejszy wpis będzie może nieco chaotyczny, bo spróbujemy napisać go wspólnie. No to zobaczymy jak nam pójdzie, spodziewajcie się luźnych uwag na marginesie, a nie spójnej recenzji.

Z tego miejsca pozdrawiamy Barda, który jest jednym z tych smaczków, dla których zabrakło miejsca w tekście.

Milvanna: Grendella zawsze śmieje się, że przez nią muszę oglądać te same filmy co najmniej dwa razy. No cóż, dla mnie to przyjemność, zwłaszcza kiedy mam do czynienia z taką produkcją jak „Hobbit. Pustkowie Smauga”. Mogłam się zastanawiać, po co rozbijać tak cienką książeczkę na trzy filmy. Oczywiście, chodzi o pieniądze. Po seansie stwierdziłam jednak, że w tej części dzieje się naprawdę wiele. Mamy Mroczny Las, ucieczkę od orków, olbrzymie pająki, przeprawę w beczkach, i tak dalej, i tak dalej. Mam wrażenie, że gdyby wrzucić to wszystko do jednej produkcji, prawdopodobnie przypłaciłabym to bólem głowy. Co prawda nie należałam do osób narzekających na brak akcji w poprzedniej ekranizacji, ale obiektywnie muszę przyznać, że w tej dzieje się dużo i szybko, a wydarzenia trzymają w napięciu nawet przy drugim oglądaniu.

Grendella: Oj tak, tak – dzieje się bardzo dużo i choć mam wrażenie (wyznaję, że nie pamiętam dokładnie treści oryginału), że o wiele więcej niż w książce, to tym bardziej jestem zadowolona. Rozmawiałam już o filmie z grupą 12-latków, które uczę (po angielsku rozmawialiśmy, ma się rozumieć) i uderzyło mnie, że dorośli, na przykład rodzice, nie dają im się po prostu cieszyć filmem, mówiąc, że jest słaby, bo zbytnio odbiega od oryginału. I potem te 12-latki, dopiero po tym, jak ja użyję serii superpochlebnych epitetów, z lekką taką nieśmiałością przyznają się, że chłonęły film jak gąbki. Wystosuję więc apel: dorośli, ogarnijcie się i odczepcie od młodszej młodzieży, dając jej cieszyć świetnym filmem bez zażenowania – zdziwicie się, jak wiele rzeczy zauważają. Wspólnie uznaliśmy, że najbardziej przerażającą sceną w filmie, była ta z pająkami. Ja osobiście, zamknęłam na chwilę oczy…

Milvanna: Pająki były rzeczywiście dość straszne, chociaż tekst o „wierzgającym mięsku” mnie powalił. Niektórzy dorośli chyba po prostu nie pielęgnują w sobie dziecka, mnie tam takie filmy radują. Cieszę się też, że pojawiają się wątki, których w książce brak. Taka Tauriel, na przykład, to, według mnie, doskonały dodatek. Przede wszystkim, warto w filmie zobaczyć jakąś dziewuchę, która jest silną elfką na poważnym stanowisku. Evangeline Lilly jest do tego prześliczna, więc wartość estetyczna filmu tylko wzrasta. Przy okazji, może to naiwne i godne bardzo młodej nastolatki, ale bardzo się raduję na myśl o miłosnych turbulencjach w relacji Tauriel – Legolas – Kili. Tak na marginesie muszę dodać, że dalej nie wierzę, że Kili jest dzieckiem dwóch krasnoludów. Mam wrażenie, że już jego matka poczuła miętę do jakiegoś elfa.

I żyli długo i szczęśliwie.

Grendella: Och, Kili. Bardzo mu kibicuję w tym trójkącie, bo niestety Orlando Bloom nie wygląda już, jak wyglądał w LOTR. Czas płynie, nie da się ukryć, choć charakteryzatorzy bardzo się starali. W każdym zresztą momencie, w którym Legolas pojawiał się na ekranie, zastanawiałam się, co oni mu, biedakowi, z twarzą zrobili. Możliwości są według mnie dwie: primo, wstrzyknęli w niego hektolitry botoksu; secundo, nakleili mu na twarz jakąś maskę imitującą jego młodszą wersję – oba rozwiązania tłumaczą w jakiś sposób absolutny brak mimiki na twarzy Orlanda Blooma. Na szczęście dla filmu, Legolas posiada bardzo interesującego ojca, który potrafi niezmiernie pięknie i zamaszyście zamachnąć się płaszczem. Poproszę podobny płaszcz na urodziny.

Bardzo interesujący ojciec Legolasa. Nie ma to jak geny.

Milvanna: Tak to jest, człowiek kupuje siostrze na urodziny książkę i nagle okazuje się, że wolałaby płaszcz Thranduila. Lee Pace jest, moim zdaniem, elfem absolutnym. Piękny, bezwzględny, okrutny, zimny. Czy mówiłam już, że piękny? Jeżeli ktoś, tak jak my, spędza w całych tych internetach zdecydowanie za dużo czasu, z łatwością zauważył, że król elfów podbił wirtualny świat już przy części pierwszej. Mam w ogóle wrażenie, że twórcy też lubią sobie pomarnować czas w sieci i doskonale odczytują trendy nią rządzące. No bo jak inaczej wyjaśnić kota, który nie wiadomo dlaczego pojawia się w oberży na początku filmu, i mopsy tuptające po pomoście w Mieście na Jeziorze? Równie dobrze na pomoście mogły się pojawić mądre kundle albo potężne wilczury. A tu, panie i panowie, mopsy. Od dziś będę żyć w przekonaniu, że Jackson ma specjalnego człowieka od sprawdzania, które zwierzątka aktualnie najbardziej kochają internauci (jeżeli kogoś ta praca znużyła, to ja chętnie wyślę CV).

Grendella: Ja Ci napiszę referencje. Do tego wątku dodam jeszcze, że w momencie, gdy usłyszałam kwestię „You know nothing”, nie mogłam się powstrzymać, by dodać „Jon Snow”.  I  to niezupełnie w myślach. No, ale my tu pitu pitu, a należy jeszcze wyrazić zachwyt nad grą Martina Freemana, który stał się dla mnie idealnym wcieleniem hobbitowości. Nie ma, nie było i nie będzie lepszego hobbita. Gesty, ruchy, mimika, ton głosu, akcent Freemana sprawiały, że uwierzyłam, że się chłopak w Shire po prostu urodził. Jego Bilbo to hobbit, który robi to co zrobić obiecał, wymachuje Żądłem, jeśli już musi, zachowując przy tym maniery godne angielskiego lorda. Nie wiem, czy Milvannie uda się znaleźć odpowiednie gify, bo kradniemy internet (cicho sza), ale jeśli film widzieliście, pewnie wiecie, o co mi chodzi.

Kulturalny hobbit grzecznie musi się przywitać, zanim spróbuje ukraść klejnot.

Milvanna: Zgadzam się w całej rozciągłości, Freeman jest fantastyczny. Przyznaję, że gdybym miała wymienić moje ulubione sceny z filmu, na początek musiałabym przywołać tę, kiedy w Mrocznym Lesie Bilbo na chwilę traci pierścień. Znajduje go w jakimś mchu, a w jego kierunku podąża pokraczne stworzonko. Bilbo zabija wtedy po raz pierwszy nie we własnej obronie albo z konieczności, ratując towarzyszy. Zabija w lekkim szale i z premedytacją, bo pierścień jest potencjalnie zagrożony. To co robi wtedy Freeman, jak zmienia się jego twarz, uważam za bezcenne. A skoro już o ulubionych scenach mowa, na drugim miejscu umieszczam walkę Gandalfa z Nekromantą, światła z ciemnością, zakończoną pojawieniem się wielkiego sauronowego oka, w którym źrenicą jest ludzka sylwetka. Brr. Mam wrażenie, że raczej się ze mną zgodzisz.

Grendella: Ano, nie mogę się nie zgodzić. A skoro jesteśmy przy ulubionych scenach, to muszę jeszcze dodać cały właściwie fragment filmu, w którym uczestniczy Smaug. Jak on się pięknie porusza wśród gór złota, jak walczy, jak inteligentnie konwersuje z Bilbo – jeśli chodzi o mnie, to smoka mogłoby być jeszcze więcej. Potężnego, złośliwego, pełnego siły i gracji. I jeszcze ten syk, którym przemawia – mistrzostwo świata, zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że to głos Benedicta Cumberbatcha. Nic dziwnego, że mamy teraz z Milvanną nowy sposób komunikowania się: Ja syczę „I AM FIRE”, a ona na to „I AM DEATH”. Albo odwrotnie. Zaczynamy tak, lub kończymy, każdą rozmowę telefoniczną. Ciekawe, kiedy nam przejdzie.

Milvanna: Smaug zasługuje na osobną notkę. Doskonałe z niego stworzenie. Tak właśnie powinny wyglądać smoki w filmach, piękne i niebezpieczne. Mam wrażenie, że mogłybyśmy tak pisać do kolejnej części adaptacji.

Smaug - smok idealny.

Grendella: Pewnie mogłybyśmy. Tyle jest smaczków, nad którymi trudno przejść obojętnie, jak choćby ten, gdy Legolas po raz pierwszy widzi podobiznę Gimliego, albo gdy w oczach Thranduila pojawia się błysk pożądania na myśl o bogactwach zgromadzonych we wnętrzu góry…

Milvanna: Tak więc, I AM FIRE.

Grendella: I AM…DEATH!

Milvanna (głosem Bilba): What have we done?



© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci