Książki mojej siostry

Wpisy

  • wtorek, 13 marca 2018
    • O tym, że niełatwo wychować anioła, czyli "Dożywocie" Marty Kisiel

      Miewam czasem tak, ciekawe, czy Wy również, że po przeczytaniu pierwszego zdania w książce, choćby nie wiem jak bezsensowne by było, wiem, że będzie dobrze. Że lektura mnie nie zawiedzie a, kto wie, może mnie w sobie rozkocha i wpłynie na moje życie. Tak, brzmi to egzaltowanie, ale cóż mogę zrobić? Tak było po pierwszych słowach Domu duchów Isabel Allende. Przeczytałam o Barabaszu, który przyjechał do Clary drogą morską, a kilka lat później, w znacznym stopniu pod wpływem powieści, zdawałam egzamin na iberystykę. Po Dożywociu Marty Kisiel nie spodziewam się życiowych przełomów, ale odkąd przeczytałam, że „Wszystko było nie tak”, wiedziałam, że bez obaw, wszystko będzie bardzo „tak”.

      idozywociemartakisiel

      Konrad Romańczuk, pisarz po trzydziestce, otrzymuje w spadku po dalekim krewnym uroczą Lichotkę, dom na uboczu, w znacznej odległości od dużego miasta. Przeprowadza się więc niemal w dzicz i wszystko byłoby piękne i przyjemne, gdyby nie fakt, że dom zamieszkuje kilkoro nietuzinkowych lokatorów, którymi to Konrad ma opiekować się dożywotnio. Przy czym mówimy tu raczej  o końcu jego dni, bo lokatorzy to anioł, upiór i pradawny stwór, odpowiednio Licho, Szczęsny i Krakers, którzy raczej go przeżyją. Trudno ich nie pokochać. Licho, wiecznie w za dużej koszulce i bez spodenek, z alergią na własne skrzydła, które regularnie wyrywa, uwielbia sprzątać i jest urocze w swojej niewinności i naiwności. Szczęsny to dwukrotny samobójca (powiedzmy, próbował się romantycznie zabić również po śmierci), poeta-romantyk, co to nie zniósł cierpień nieszczęśliwej miłości, a raczej zakochania się w jednej z pierwszych kobiet, na które padł jego wzrok. Teraz, od jakichś dwustu lat, zajmuje się głównie doprowadzaniem do pasji Konrada, ale również poezją, robieniem nalewek i robótkami ręcznymi. W końcu Krakers, stwór przywołany z piekielnych otchłani przez przodków Konrada, radośnie poświęca się by domownicy jedli dobrze i smacznie, taki król kuchni. Całość inwentarza dopełnia kilka utopców i kotka, Zmora, która obdarzyła Konrada ciepłym uczuciem odwzajemnionym od początku (istnienie takiego kota jest chyba równie zaskakująca jak przyjaźń z aniołem). W utrzymaniu domu od lat pomaga Kusy, który mieszka stosunkowo niedaleko, pomaga z zakupami i piciem nalewek. Z czasem pojawia się jeszcze królik Licha, Rudolf Valentino. Pokochałam go za jego złośliwość i podstępność (dobra, różowe futerko nie zaszkodziło), sugerowaną głównie przez Romańczuka, który mógł być nieco do gryzonia uprzedzony, uważając, że ten ciągle czyha na jego życie.

      Romańczuk, który z początku chce uciekać i jest przerażony jak każdy średnio rozsądny człowiek, z czasem zmienia swój stosunek do Lichotki i jej mieszkańców. Dożywocie to trochę takie urywki z życia nieco porąbanej rodziny. Bardzo ciekawe, nie da się ukryć, ale, co najważniejsze, przezabawne i pięknie opisane. To, co Marta Kisiel robi z językiem sprawia, że człowiekowi robi się ciepło gdzieś w okolicach serca. Przeczytajcie sobie na głos to zdanie: „Zazdrość zżerała ich bez sztućców, zachłannie oblizując palce” (s. 215). Czyż nie smakowite? Poza tym człowiek  może mieć czasem poczucie, że oto ten właśnie moment w jego życiu jest najgorszy od dawna, że już zawsze będzie ciemno, słońce wyemigrowało do innego układu, że praca już nigdy nie będzie lepsza i ogólnie nie ma nadziei. Ale wystarczy kilka stron. Kilka stron doskonale napisanej historii przepełnionej inteligentnym poczuciem humoru, absurdalnymi sytuacjami, które powodują wybuchy śmiechu lub przynajmniej niekontrolowane parsknięcia, i człowiekowi chociaż na chwilę robi się lepiej i zaczyna mieć nadzieję, że może ta noc to jednak ma jakiś koniec. Autorka (Ałtorka?) często osiąga ten magiczny efekt za pomocą drobiazgów. Na przykład,  opisując bałagan, wspomina, że nie dość, że powstały w nim nowe formy życia, to już myślą o walucie. O! Albo takie rozważania Licha o żonach:

      O żonach, tajemniczych istotach służących do równie tajemniczego rozsiewania, wiedziało zatem niewiele – bez wątpienia istniały, bywały przydatne, a czasem nawet niezbędne, tylko po co? Dlaczego? I skąd się je brało? Poskrobało się po głowie w zamyśleniu. Szymon miał jedną, często na nią narzekał i psioczył, lecz równocześnie twierdził bardzo stanowczo, że bez żony ani rusz, żona to podstawa, jedyna szansa na prawdziwe szczęście. Z kolei zdaniem Szczęsnego żony robiło się z kobiet w jakiś okrutny sposób, który sprawiał im cierpienie. Skoro stanie się żoną bolało i posiadanie żony też bolało, to czemu bez nich nikt nie mógł być tak naprawdę szczęśliwy. Zafrasowane tym niespodziewanym odkryciem Licho wsparło się na miotle. To nie miało sensu. (s.178)

      Albo całe zamieszanie z mieszkańcami z okolicy, którzy próbowali ratować Licho przed, według nich, rozpustnym i pełnym niepohamowanych żądz Konradem. Albo agentka Romańczuka i jej romans ze Szczęsnym. Albo pijaniutki Szczęsny śpiewający po nocach. Albo…

      Jeśli jest Wam źle, czytajcie Dożywocie. A jeśli jest Wam dobrze, też czytajcie, czemu ma nie być lepiej, prawda?

      Apsik. Alleluja.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „O tym, że niełatwo wychować anioła, czyli "Dożywocie" Marty Kisiel”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      milvanna
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 marca 2018 19:00
  • niedziela, 11 lutego 2018
    • O mgłach i ich sekretach czyli cykl "Z mgły zrodzony" Brandona Sandersona

      Trylogia Brandona Sandersona Z mgły zrodzony to cykl zajmujący dużo miejsca na półce i sporo ważący*, co może być pewnym utrudnieniem, jeśli czyta się głównie w środkach komunikacji miejskiej. I to w zasadzie jej główny minus. Czytałam ją długo, przeplatałam innymi książkami, odkładałam i w zasadzie nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego. Bo patrząc na całość muszę stwierdzić, że to kawał porządnego fantasy.

      zmglyzrodzonybiext4185932_emik

      Świat stworzony przez Sandersona to trochę nasz wypaczony świat z bajerami. W Ostatnim Imperium czerwone słońce jest zawsze przysłonięte popiołem sypiącym się z nieba. Rośliny są pozbawione barw, choć kiedyś, przed tysiącem latem, podobno miały kolory i były, na przykład, czerwone. Kto to widział! W tej szarości i burości, żyje sobie szlachta, nosząca bogato zdobione stroje, spiskująca i knująca intrygi na wystawnych balach. W swej łaskawości pozwala jej na to Ostatni Imperator, najwyższy władca, bóg, dyktator, który dając grupie pozory władzy czy wolności, sprawuje nad nią całkowitą kontrolę. Zdecydowanie wyżej w hierarchii stoją obligatorzy, od stuleci szerzący kult Imperatora, dbający o poszanowanie dla religii, która opiera się na zamierzchłych działaniach władcy. Najmniej znaczące jest życie skaa, niewolników i biedoty, traktowanych nieraz gorzej niż robactwo. Wszystko spowija złowroga mgła pełna potworów i śmierci.

      W tym właśnie świecie istnieją potężne, magiczne moce, a konkretnie trzy jej rodzaje. Allomancja, feruchemia i hemalurgia – wszystkie z grubsza polegają na tym samym, czerpaniu mocy z metali. Szczerze mówiąc, wszystko jest tak skomplikowane, że do końca nie mogłam zapamiętać jakie działania mogą wynikać z korzystania z konkretnego metalu (kto by się przejmował taką drobnostką). Allomanci, najsilniej reprezentowani w opowieści, żeby użyć magii, muszą połknąć konkretny metal. Ta siła nie jest widoczna na pierwszy rzut oka, nie można po prostu podać komuś opiłków metali i sprawdzić, czy jest allomantą Taką jednostkę trzeba złamać. W tym celu niemal katuje się dzieci na śmierć. Allomanci pojawiają się głównie wśród potomków szlachty. Nikt (ekhm, Ostatni Imperator, ekhm) nie chciałby, żeby tak potężni ludzie pojawiali się wśród niewolników, prawda? Dlatego też kobiety skaa, które zostały zgwałcone przez szlachciców, na ogół kończą martwe. Nie warto ryzykować.

      studniawstapieniawiext34868298

      Allomanci na ogół „specjalizują się” w korzystaniu z jednego metalu, co daje im jedną nadzwyczajną cechę. Mogą mieć umiejętność uspokajania lub podżegania emocji, przyciągania lub odpychania metalu, widzenia przyszłości. Istnieją jednak również Zrodzeni z Mgły, jednostki,  które mogą spalać wszystkie metale, co czyni je niezmiernie cennymi i niebezpiecznymi.

      I tu pojawia się Kelsier. Cały otulony mgielnym płaszczem. Ocalały z Hatsin, potężny Zrodzony z Mgły, który ma na pieńku z Ostatnim Imperatorem, przewodzi ekipie ludzi żyjących nieco poza granicami prawa i jednocześnie staje na czele rebelii. Celem ekipy jest początkowo przejęcie zapasów najcenniejszego z metali, atium, zdobycie bogactwa a, przy okazji, obalenie tyrana. Do ekipy dołącza młoda dziewczyna, Vin, złodziejka skaa, bita i tłamszona najpierw przez brata, a później przez mężczyznę, dla którego pracuje. Okazuje się, że również ona jest Zrodzona z Mgły, a jej moc może z czasem dorównać nawet tej Kelsiera.

      Możemy uznać to za punkt wyjścia historii. W opasłych tomiszczach akcja toczy się momentami dość leniwie (co nie oznacza wcale „nudno”), by nagle przyspieszyć, wyhamować, zawrócić i skręcić w lewo. Mamy tu upadek imperium, walki między szlacheckimi rodami, skrytobójców, upadających bogów, bunty, moce, leżące u podstaw istnienia. Mamy tu niemal wszystko, a jednak nie zostajemy przytłoczeni mnogością wątków czy bezsensownych szczegółów. Nawet jeśli na początku coś wydaje się być zbędnym elementem, okazuje się ważne. Sanderson nie zapomina  o niczym, a ja postanowiłam to zaakceptować gdzieś w połowie drugiego tomu.

      W trylogii urzekają postaci. Początkowo może się wydawać, że jest ich sporo i nie poświęcono im zbyt wiele uwagi. Nic bardziej mylnego. Nie mogłam się zdecydować, którą z postaci powinnam uznać za „główną”, bo wielu z nich Sanderson poświęca sporo czasu. Pierwszym, oczywistym wyborem jest Kelsier, charyzmatyczny buntownik, który z inteligentnego łotra zmienia się w obiekt kultu. Jest Elend, przeintelektualizowany, szlachecki idealista o dobrym sercu. Jest Sazed, feruchemik, który w swoich metalowych bransoletach przechowuje wiedzę o wszystkich znanych mu religiach, których zakazał Imperator. Jest też wiele postaci z pozoru mniej ważnych, które stają się w końcu kluczowe dla toczącej się oopowieści.

      Jest w końcu Vin. Vin, która przez większość cyklu wydaje się być najważniejszą kobietą we wszechświecie (że pozwolę sobie zacytować Doctora), która z poniewieranej dziewczynki przeistacza się w gwiazdę szlacheckich salonów. Dziewczyna, która nie czuje się za dobrze w ekipie Kelsiera i nikomu nie ufa (tego właśnie nauczył ją jej brat), zmienia się w końcu w osobę, która jest skłonna do największych poświęceń z miłości i wiary w innych. Nie mówię tu tylko o miłości romantycznej, gdyż ten akurat wątek wywoływał u mnie początkowo zgrzytanie zębami (możemy założyć jednak, że nie powinnam po prostu była w tym konkretnym momencie życia czytać o romansach innych). Vin z wykorzystywanego przez wszystkich „popychadła” staje się silną kobietą, obrończynią, zabójczynią, wybawicielką. Choć czasami porusza się po omacku, ma doskonałe instynkty i jest chyba najpotężniejszą Zrodzoną z Mgły. Rozwija się, dojrzewa do swojej roli, potrafi przyjąć swoje przeznaczenie i wykorzystać je z korzyścią dla innych. I to jest fantastyczne. Nie mamy tu do czynienia z walecznym dziewczęciem, dla którego głównym jednak dylematem, pozostaje wybór odpowiedniego absztyfikanta. Dobra, taki watek na chwilę się pojawia, ale nigdy nie staje się czymś kluczowym dla bohaterki. Miłosny dylemat nie w życiu Vin trudno uznać za główny wątek historii. To raczej pewien dość krótki etap, który prowadzi do czegoś ważniejszego. Do rozwoju, dorosłości. Czy nie tak właśnie wygląda to w życiu?

      bohaterwiekowwiext34546832

      W trylogii bardzo ważne są też legendy, proroctwa, zamierzchłe historie. Wiele z nich poznajemy dzięki Sazedowi. Cudowne jest też przeplatanie rozdziałów fragmentami, powiedzmy, historycznych zapisów. W każdym tomie, jest to inna opowieść. Jeśli Sazed lub Vin pracują nad rozszyfrowaniem jakiegoś pisma, o tym, co odczytali, dowiemy się właśnie w tych częściach pomiędzy rozdziałami. To uzupełnienia opowieści, ale też częściowo historia czy podstawy mitologii Ostatniego imperium. I tego, co po nim następuje.

      W książkach Sandersona chyba najbardziej podobało mi się to, że to, co w wielu innych powieściach (pamiętacie Władcę pierścieni?) jest końcem historii, tu było początkiem. Okazuje się, że fajnie jest obalić dyktatora. Super. Świat jest teraz wolny! Tylko, co dalej? Kto obejmie władzę? Czy powinien być to idealista, który chciałby równości dla wszystkich? Czy kolejny tyran? Jak daleko można się posunąć w kompromisach, żeby zachować pokój i nie zaprzedać wyznawanych wartości? Czy to wszystko, tak po prawdzie, ma w ogóle sens? Czy władca nie jest tylko pionkiem? I który władca jest tak naprawdę „dobry”?

      Zaczynam wpadać powoli w jakiś niebezpieczny strumień świadomości, więc na koniec powiem tylko: idźcie czytać, bo cykl Z mgły zrodzony jest mądry i zaskakujący. Mam nadzieję, że nie tylko ja zupełnie nie spodziewałam się zakończenia.

       

      *Ta trylogia to w zasadzie połowa cyklu. Pora zamontować więcej półek.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      milvanna
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 lutego 2018 10:18
  • środa, 27 grudnia 2017
    • Antologia "Zabawa w Boga", czyli rozmowa o opowiadaniach polskich autorów

      Zabawa w Boga to zbiór opowiadań młodych, polskich autorów, skupionych wokół Sekcji Literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki, działającego już od 2005 roku. Antologię otwierają i zamykają utwory Benjamina Rosenbauma (Przyjmujący nowe i Pomarańcza), pisarza uznanego na Zachodzie, a w Polsce dość chyba jednak mało znanego. Według zamysłu twórców, mają one stanowić pewien punkt odniesienia do tekstów polskich autorów. Pomarańcza opiera się na ciekawym żartobliwym pomyśle, ale jest tak króciutka, że trudno o niej coś więcej napisać. Natomiast Przyjmujący Nowe zasłużyło na nominację do Nebuli - jest w nim i ciekawa koncepcja świata, i zaskakujące zakończenie, i pytanie o istotę naszej tożsamości.

      Co sądzimy o opowiadaniach w tej antologii? Postanowiłyśmy sobie o niej chwilę blogowo porozmawiać.

      PART_1513890712746Tak, dobrze widzicie. Książka, piasek, kolorowe paznokcie - lato w pełni. Antologię przeczytałyśmy już dawno. Dopiero teraz jednak udało się nam o niej napisać. Dobrze, że robimy notatki :)

       


      Milvanna: Po raz kolejny przekonałam się chyba, że opowiadania to nie do końca forma, która mi odpowiada. Nie umiem zgrać się z ich długością, chciałabym raczej dowiedzieć się czegoś więcej o postaciach, bohaterach, historii. Potrzebuję poczucia, że coś tworzy większą całość, nie jest wyrwanym fragmentem rzeczywistości. Oczywiście nie jest to „problem” opowiadań, tylko mój (o ile w ogóle możemy tu mówić o problemie; taka najwyraźniej moja uroda). Dlatego też chyba po prostu nie mogłam z góry założyć sukcesu przy lekturze, a potem ewentualnie się rozczarować.

      Grendella: Opowiadanie to wbrew pozorom trudna forma. Może nawet trudniejsza w przypadku prozy fantastycznej niż realistycznej? Fantastyka w dużej mierze polega przecież na światotwórstwie, a w krótkiej formie dość trudno taki fantastyczny, spójny i przekonujący świat zbudować. A żeby opowiadanie było naprawdę dobre i “zapamiętywalne” trzeba dorzucić fajnie skonstruowaną fabułę, ciekawych bohaterów (najlepiej nie za dużo), i to “coś”, co zmusza do myślenia. Krótko mówiąc, niełatwa to sztuka.

      Milvanna: Masz rację, zbudowanie świata, zbudowanie ciekawej i składnej fabuły na kilkunastu stronach nie może być proste. Może właśnie miarą sukcesu może być fakt, że chce się do danego świata wrócić lub czuje się niedosyt?

      Grendella: Coś w tym jest. Pod względem światotwórstwa na pewno wyróżnia się Ordan Magdaleny Czarneckiej z fajnie zarysowanym światem zamieszkiwanym przez ludzi, jaszczury i vorkam, z bohaterem poszukującym magicznej substancji, co kojarzy mi się nieco z Diuną. Choć fabuła nie do końca mnie porwała, to była skonstruowana poprawnie i w sumie chętnie bym do tego świata wróciła. Zainteresowała mnie też wizja przyszłości w Marzeniu Rotha Małgorzaty Binkowskiej, w której genialne dziecko-hybryda, post-człowiek właściwie, o nadludzkich zdolnościach intelektualnych projektuje długofalowe przedsięwzięcie w wymiarze globalnym. Problematyka związana z transhumanizmem bardzo, bardzo na plus, ale… jakaś taka niedokończona wydała mi się ta opowieść. Z rozmachem zaczyna się też Serce Vann Karoliny Fedryk, która stara się nakreślić upadek społeczeństwa, które utraciło swoją magię i rozpad ideałów młodej bohaterki, ale znowu wizja ta wydaje się niepełna.

      Milvanna: Ja z kolei sporo oczekiwałam od Kar i żywiołów Jesiona Kowala, w którym autor nie tworzy własnego świata, a przenosi bohaterów do lekko zmodyfikowanej wersji naszej rzeczywistości, inspirując się silnie Burzą Szekspira. Burzę czytałam na zajęcia z literatury latynoamerykańskiej jako tło dla Ariela Rodó. No i tak się składa, że mam przez to do sztuki duży, bardzo duży sentyment. Może dlatego opowiadanie mnie rozczarowało? Problem jest taki, że nie umiem właściwie do końca określić powodu. Może dzieje się tam za dużo, jak na te kilkanaście stron? Może momentami drażni mnie język? Bo sam pomysł wydaje się być całkiem w porządku. Przeniesienie wydarzeń do mieszkalnego bloku, „zwyczajni” ludzie, którzy okazują się nie tacy znowu zwyczajni, jakaś tam nastoletnia miłość. A jednak coś mi nie grało. Może mi pomożesz? Jak Ty odebrałaś utwór?

      Grendella: Drażnił mnie niemożebnie. Rozumiem, że Kowal chciał się po szekspirowsku pobawić w słowotwórstwo i oryginalne metafory. Wymaga to odwagi. Ale wyszło sztucznie. Nie mogłam się skupić na fabule, bo co chwila wpadałam w irytację przez zwroty typu “zdezelowane szczury”, “ciemnopluszowa, wyświechcona, sprężyniasta wersalka o grzbiecie zdechłego bizona”, “stukstukurs maszyny”... Miałam wrażenie, że autor usilnie stara mi się zaimponować, ale nie bardzo mu to wyszło. A skoro jesteśmy przy retellingu znanych opowieści, to o wiele bardziej przypadło mi do gustu opowiadanie Korona Północy Anny Askaldowicz - wariacja na temat Ariadny, Tezeusza i Dionizosa. Fabuła jest tu statyczna, ale autorka bardzo dobrze buduje nastrój melancholii i tęsknoty za czymś, czego być może nigdy nie było, porusza czułe struny, nie moralizując. W mojej ocenie to najlepsze opowiadanie w tym tomie.

      Milvanna: Chyba się z Tobą zgodzę. To takie kompletne opowiadanie, któremu daje dodatkowe punkciki za inspirację ukochanymi przeze mnie mitami greckimi. Myślę sobie, że rywalizować z nim może Wyliczanka Agnieszki Zapart. Urzekło mnie używanie przez nią gwary śląskiej i osadzenie akcji w Katowicach (wiadomo, jako dziewczyna z Podlasia darzę Śląsk głębokim uczuciem). To ostatnie w antologii opowiadanie wydaje mi się być słodką wisienką na średnio udanym torcie. Opowieść opiera się na rozmowie babci z wnuczkiem, któremu przekazuje ona historię dość tragicznej w skutkach zabawy z dzieciństwa. Rzeczywistość dzieci jest smutna, pełna przemocy, od której ucieczką staje się świat wyobraźni. Podoba mi się atmosfera, mrok, zaskakujące rozwiązanie, język.

      Grendella: Tak, mi również podobała się Wyliczanka! Tu zabawa z językiem wyszła świetnie, bardzo udany eksperyment.

      Milvanna: Ciekawy, według mnie, był też Lek Marty Potockiej. Ludzie postawieni w obliczu przełomowego odkrycia – leku ratującego życie, co w konsekwencji prowadzi do wydłużenia życia ludzkości. Po latach od zdarzenia, trzeba podjąć decyzję na szczycie – co dalej? Jak sprostać wyzwaniom starzejącego się społeczeństwa? Czy możliwe jest życie bez chorób i śmierci? Wydaje mi się, ze Potockiej udało się zarysowanie tego świata, na tyle, na ile to było możliwe, co nawet mnie zaintrygowało, przyznaję.

      Grendella: To opowiadanie podejmujące ważki temat, ale językowo kojarzyło mi się ze sprawozdaniem i trochę mnie tym rozczarowało. Długowieczność, tym razem połączona z upadkiem arystokracji, jest też przewodnim motywem opowiadania My eter Alicji Tempłowicz. Autorka eksperymentuje trochę z perspektywą narracyjną, co poczytuję jej na plus, ale jako całość utwór mnie nie przekonał.  Trochę bardziej podobał mi się natomiast Chirurg Anny Hrycyszyn z jego praktykującym “medycynę alternatywną” lekarzem. Opowiadanie zgrabnie łączy relację z sali sądowej z retrospekcjami i czyta się przyjemnie, ale czegoś mu brakuje. Może mocniejszej puenty?

      Milvanna: Czegoś, choć bardzo niewiele, zabrakło też utworowi Mrok zabije wieloryba Olgi Niziołek. Czasami, kiedy czytam pierwsze zdanie utworu, nieważne, czy ma jakiś głębszy sens, czy nie, wiem, że będzie dobrze. I tak właśnie zadziałało na mnie „Kobieta z wielorybem w brzuchu, pochłonięta szukaniem sposobów na zabicie zwierzęcia, nie słyszała dzwonów” (s. 138). Już tu zostałam częściowo kupiona. Historia Magdy z wielorybem w brzuchu, którego w żaden sposób nie może się pozbyć, i którą los połączył z Krukiem, młodym mężczyzną zawodowo barwiącym na czarno znoszone już dżinsy za pomocą mroku, który ma w sobie. Jest tu szukanie swojego miejsca, trudna miłość, walka z czymś, z czym ciężko sobie poradzić, a co trawi człowieka od środka. Weszłam w środek tej opowieści. Całość trochę zaburzyły mi końcowe słowa, może nieco zbyt dosadnie tłumaczące sedno historii. Nie wiem jak Ty, ale ja chętnie bym coś pani Niziołek przeczytała.

      Grendella: Ja również. Mrok zabije wieloryba tworzy ciekawy, mroczny klimat. Jest nieoczywiste, oddziałuje emocjonalnie. Smutno mi się zrobiło po przeczytaniu tej historii o miłości dwojga odmieńców.

      Milvanna: Hmm, cóż nam jeszcze zostało z tego zbioru?

      Grendella: Kot z pudełka Łukasza Marka Fiemy. Opowiadanie lekko futurystyczne, z bohaterką chorą na raka, w której życiu pojawia się tajemniczy kot. Pozostawiło po sobie pewien niedosyt, autor podrzuca nam pewne tropy, ale nie do końca wykorzystuje ich potencjał. I Warunek początkowy Krystyny Chodorowskiej - tekst dotykający przyszłości muzyki, z bohaterem, poszukującym odpowiednika hologramu ekspedientki ze stacji benzynowej. Szczerze mówiąc, znużyło mnie to opowiadanie.

      Milvanna: Myślisz, że uda nam się jakoś sensownie podsumować nasze wrażenia?

      Grendella: Boję się, że nie :D. Na pewno nie żałuję czasu poświęconego na lekturę, ale mam wrażenie, że trudno mi się pisze o antologii opowiadań. Nie wiem, czy się tego jeszcze kiedyś podejmę. Zamiast podsumowania, wybieram więc trzy nazwiska autorów, którzy do mnie najbardziej przemówili - ANNA ASKALDOWICZ, OLGA NIZIOŁEK i MAGDALENA CZARNECKA. A Ty?

      Milvanna: Dorzucam AGNIESZKĘ ZAPART. I wiesz co? Mamy jednak podsumowanie. W tej antologii, to jednak kobiety rządzą!

      Grendella: Rzeczywiście! I tego się trzymajmy :)

      Za propozycję przeczytania antologii serdecznie dziękujemy Annie Kańtoch. Mamy potwornego kaca moralnego, że tak długo nie napisałyśmy o Zabawie w Boga… Ale niestety, na blogu nie działo się długo dosłownie nic. Mamy nadzieję, że te opowiadania będą stanowić punkt przełomowy i powrót do regularnego pisania… Same za siebie trzymamy kciuki!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      grendella
      Czas publikacji:
      środa, 27 grudnia 2017 20:02
  • środa, 26 kwietnia 2017
    • O strachach na Bródnie czyli "Domofon" Zygmunta Miłoszewskiego

      Domofon, debiut Zygmunta Miłoszewskiego, chciałam przeczytać od dawna. Zakochałam się w Szackim, tfu, trylogii o Szackim, więc sięgnięcie po inne książki autora uważam za obowiązkowe, nawet jeśli jakoś tak odracza się to w czasie. Dodatkowo koleżanka z pracy zachwalała i mówiła, że po lekturze ludzie boją się wchodzić do klatki schodowej w swoim bloku. Skoro zatem mieszkam w warszawskim wieżowcu z domofonem i windą, do której i tak nie pałam miłością, logicznym było sięgniecie po powieść, która tylko może spotęgować moje leki. No przecież.

      domofon

      Od razu podkreślę, ze Domofon nie jest tym, czego się spodziewałam. Otóż sięgając po niego, byłam pewna, że zabieram się za kolejny nieźle skrojony kryminał czy thriller. Tak, żyłam chyba przez kilka lat pod jakimś kamieniem i nie zorientowałam się, że Miłoszewski zaczął od napisania horroru. Jego akcję umiejscowił  w bródnowskim wieżowcu, w którym zaczynają dziać się rzeczy niezwykłe i przerażające. Młode małżeństwo w dniu  przeprowadzki do stolicy, do swojego własnego malutkiego mieszkanka, zastaje na klatce schodowej scenę makabryczną, w której główne role grają winda, chłopak mieszkający w bloku podzielony na dwie części (czyli głowę i resztę) oraz masa krwi. No nie najlepszy początek, nie najlepszy. Pojawia się policja, w tym Oleg Kuzniecow, znany również czytelnikom Uwikłania, kolejni sąsiedzi a wszystko zaczyna się komplikować. Co jakiś czas narracja jest przerywana zapisami rozmów pomiędzy mieszkańcami, które toczą się gdzieś w okolicach domofonu właśnie.  Wśród sąsiadów zawiązuje się  mały komitet złożony z dziennikarza-alkoholika, nastolatka i nowej lokatorki, który próbuje zrozumieć sytuację, w której wszyscy się znaleźli, i uratować jak najwięcej osób. Kluczem może być opowiedziana przez tajemniczego mieszkańca dawno zapomniana historia pewnej zbrodni.

      Każdy z mieszkańców bloku ma swoją przeszłość, sytuację życiową i, co najważniejsze w kontekście fabuły, lęki. Każdy z nich ma coś na sumieniu. Ich historie i osobowości, poza tą dziennikarza, głównego bohatera, nie są wyjątkowo rozbudowane. Wydaje mi się to dość logiczne, bo gdyby Miłoszewski zdecydował się na inny zabieg, mnogość postaci doprowadziłaby do chaosu i rozmycia się akcentów w powieści. Sama fabuła z kolei nie jest może jakaś wyjątkowo skomplikowana, a niektóre motywy są raczej dobrze znane fanom gatunku, ale książkę czytało mi się dość, hm, przyjemnie. Miłoszewski zdaje się świadomie bawić dobrze znanymi już tropami, przez co, na szczęście, podczas lektury odczuwałam jednak pewną świeżość.

      Mój główny problem z książką wynikał niestety z mojego braku przygotowania, czyli założenia, że biorę do ręki kryminał. Widzicie dopóki myślałam, że czytam o czymś, co rzeczywiście może się wydarzyć, czułam spory niepokój. Należę do osób, które nie czują się zbyt pewnie wchodząc do klatki schodowej z kimś nieznanym, omijają piwnice szerokim łukiem, a do drżenia serca doprowadzają je nawet uchylone drzwi prowadzące do niej. Jednak kiedy okazało się, że w całą intrygę zamieszane są siły nadprzyrodzone, zemsty z zaświatów i bliskość cmentarza, moje zainteresowanie delikatnie zmalało, a strach zniknął całkowicie. Należy jednak przyznać, że w Domofonie nie straszą najbardziej upiory czy demony. Przyczyną najgłębszych lęków są przeżyte traumy czy krzywdy wyrządzone innym, które mogą doprowadzić do szaleństwa, nawet jeśli są zepchnięte głęboko do podświadomości. I to, przyznaję, jest przerażające.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „O strachach na Bródnie czyli "Domofon" Zygmunta Miłoszewskiego”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      milvanna
      Czas publikacji:
      środa, 26 kwietnia 2017 14:04

Kalendarz

Grudzień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...