Menu

Książki mojej siostry

Starcie: Joyce Carol Oates kontra Jodi Picoult

grendella

Ostatnio przyznałam się, że zaglądam ludziom przez ramię, żeby sprawdzić, co czytają. Z lubością oglądam też półki w domach znajomych i zawsze cieszy mnie, że mają tyle książek, które chciałabym przeczytać. Dzisiejszy wpis dedykowany jest więc dwóm moim koleżankom, które nie dość, że wiernie zasilają w coraz to nowe pozycje białostocką Bookietkę, to jeszcze chętnie dzielą się ze mną książkami, czasem mnie nimi obdarowując, a czasem pożyczając. No więc,  J i E, do was właśnie mówię, gdyby nie wy, pewnie bym kiedyś po powieści Joyce Carol Oates i Jodi Picoult sięgnęła (bo jakkolwiek wielu z was może się to wydawać dziwne, nigdy wcześniej się to nie zdarzyło*), ale któż wie kiedy by to nastąpiło?

 Po lewej pani Oates, po prawej pani Picoult. Która, ach, która wygra to starcie?

Tak jakoś wyszło, że powieści W średnim wieku. Romans Joyce Carol Oates i Tam gdzie ty Jodi Picoult czytałam jedną po drugiej i nie mogę się powstrzymać od pisania o nich razem. Zdaję sobie sprawę, że autorek wrzucać do jednego worka raczej nie należy, choć obie zdobyły rzesze wiernych czytelników. Pierwsza z nich może się szczycić prestiżowymi nagrodami literackimi i kilkoma nominacjami do Pulitzera, z kolei powieści tej drugiej częściej były adaptowane na potrzeby kina i telewizji i świetnie się sprzedają – co by nie powiedzieć, 14 milionów sprzedanych egzemplarzy (za wikipedią) to nie przelewki. Twórczość Joyce Carol Oates jest na pewno bardziej urozmaicona, autorka pisze zarówno w konwencji społeczno-obyczajowej, jak i gotyckiej, publikuje powieści, nowele, poezję, dramaty, eseje, a nawet książki dla dzieci. Jodi Picoult natomiast wzrusza, porusza i okupuje najwyższe pozycje na listach bestsellerów na całym świecie. No dobra do rzeczy – rozpoczyna się pierwsze starcie.

Rzecz się dzieje w pozornie idyllicznym miasteczku Salthill, nowojorskim przedmieściu dla bogaczy, w którym nikt się nie starzeje, bo wszyscy mogą sobie pozwolić na doskonałych chirurgów plastycznych. Panowie pracują w poważnych firmach w Nowym Jorku, panie organizują fety, spotkania towarzyskie i zbiórki charytatywne, byle tylko nie zanudzić się na śmierć w wypucowanych na błysk domach. Wydaje się, że w tym podmiejskim raju dla dobrze sytuowanych Amerykanów koło czterdziestki/pięćdziesiątki/sześćdziesiątki (któż to wie? – wszyscy przecież wyglądają młodziej) brakuje przestrzeni na wzloty i upadki, miłosne uniesienia, czy głębokie emocje – wszystko wygląda na poukładane, ładnie przystrzyżone i zgodne z obowiązującymi konwencjami i układami towarzyskimi.

A jednak da się ten spokój zburzyć i Joyce Carol Oates robi to już na samym początku, zabijając głównego bohatera – Adama Berendta – powszechnie lubianego rzeźbiarza, który jak się wkrótce okazuje, mimo mało powalającej powierzchowności władał sercami (i ciałami) większości pań w Salthill. Śmierć Adama, który ratuje tonącą dziewczynkę, by w konsekwencji tego czynu zejść na zawał, jest jednocześnie bohaterska i ironicznie groteskowa. Ale to właśnie ona jest dla mieszkańców i mieszkanek sennego miasteczka momentem przełomowym, dzielącym ich życie na „przed” i „po”. Przed była nudna, choć stabilna codzienność, po zapanował chaos. Pewien pan rzuca się w ramiona młodziutkiej kochanki, wierząc, że przeżyje drugą młodość. Pewna pani, która bała się być artystką, nagle przestaje się bać i poświęca sztuce. Inny pan orientuje się, że właściwie, ani żona, ani dzieci tak naprawdę nigdy go nie kochały. Pewna pani po rozwodzie odkrywa, że jest toksycznie uzależniona od swojego nastoletniego syna. A jeszcze inna pani ucieka swojej rodziny i wyrusza w podróż w poszukiwaniu prawdziwej tożsamości Adama Berendta i swojej. I tak dalej. Większości z nich, jak bohaterom średniowiecznych romansów, uda się pokonać przeszkody i coś ważnego odnaleźć - miłość, spełnienie, samoświadomość - lub coś istotnego zrozumieć.

W  średnim wieku nie jest może pozycją wybitną, ale na pewno zasługującą na uwagę. Z jednej strony trochę przypowieściową, z drugiej pełną detali, szczegółów i celnych obserwacji społecznych. Trochę przygnębiającą i smutną, lecz doprawioną szczyptą gorzkiego poczucia humoru i komizmu. No i nie kończy się źle. Dla większości bohaterów. Jak życie.

Gdyby jedynym wyznacznikiem wartości literatury było nagromadzenie w jednym miejscu ważkich tematów społeczno-ideologicznych, Tam gdzie ty Jodi Picoult uznałabym za mistrzostwo świata. Czegóż tu nie ma? Para, która boleśnie pragnie dziecka. Nieudane próby in-vitro. Poronienia. Rozstanie. Druga para, która boleśnie pragnie dziecka. Kwestie prawne dotyczące własności zarodków. Alkoholizm. Nawrócenie. Kobieta, która zakochuje się w drugiej kobiecie. Dwie kobiety, które chcą wspólnie mieć dziecko. Fanatyczna religijność. Ateizm. Rozprawa sądowa o przyznanie praw do zarodków. Rodzina konserwatywna kontra rodzina nieortodoksyjna. Kościół kontra aktywiści gejowscy. A na marginesie jeszcze, jako bonus chyba, trudna relacja pomiędzy braćmi, romans jednego z nich z żoną drugiego i nieakceptowana nastolatka z myślami samobójczymi. Dużo. Chyba trochę za dużo. Nie to, że mnie problem związków homoseksualnych i ich prawa do posiadania potomstwa nie interesuje, wręcz przeciwnie. I przyznać muszę, że Jodi Picoult udaje się nie tylko postawić kontrowersyjne pytania, lecz również pozbierać do kupy i spójnie przedstawić argumenty obu stron. Podejrzewam też, że udaje się jej przekonać większość czytelników czytelniczek, że równanie „dziewczyna + dziewczyna = rodzina” nie musi być automatycznie błędne. Może mój problem z Tam gdzie ty polega po prostu na tym, że właściwie te argumenty znam? Może właśnie dlatego cała ta powieść wydała mi się dość powierzchowna? Bo mimo że narracja prowadzona jest z punktu widzenia aż trzech głównych bohaterów, nie odczułam, abym dostała jakiś szczególny wgląd w ich psychikę. Muzyka, na płytce dołączonej do książki, również nie pomogła mi się z nimi związać emocjonalnie. Choć to piękna muzyka, przejmująca, i słucham jej sobie do dziś.

Krótko mówiąc, na kolana powalona nie jestem, ale przynajmniej wiem już czego się po Jodi Picoult spodziewać. Jeśli w przyszłości będę miała ochotę na moralne dramaty nieskomplikowane stylistycznie i językowo, które dzięki temu czyta się wręcz błyskawicznie, to w ciemno sięgnę po jej powieści. Pewnie kiedyś taki moment nadejdzie.

 book hangover

Tym razem tak nie było. Ani pani Oates ani pani Picoult nie zmusiły mnie do zarwania nocy.

Czas przejść do wyników, ale jeśli choć w miarę dokładnie śledziliście moje wrażenia z lektur, pewnie nie będziecie zaskoczeni. Choć przewagi nie mogę uznać za miażdżącą, to jednak pierwsze starcie Joyce Carol Oates z Jodi Picoult wygrywa ta pierwsza. 1:0. Głównie dlatego, że  mam wrażenie, że to właśnie Oates dociera głębiej, podczas gdy Picoult, mimo że porusza tematy trudne i kontrowersyjne, ślizga się po powierzchni. Również ludzie zamieszkujący Salthill w powieści tej pierwszej wydali mi się bardziej prawdziwi, nie do końca z mojej bajki, ale jednak prawdziwi. U Picoult z kolei postaci są raczej sztampowe, nakreślone w taki sposób, żeby pasowały do głównej tezy. Przyznać jednak muszę, że obie autorki na swój własny sposób zmuszają do myślenia. Oates robi to o wiele subtelniej, zostawiając czytelnikowi więcej miejsca dla interpretacji zachowań swoich bohaterów, Picoult bardziej dosłownie, od początku właściwie wiemy, komu kibicować. I właśnie ta oczywistość trochę mi przeszkadzała i, co tu kryć, drażniła. Przy czym zastrzegam od razu, że absolutnie nie dziwi mnie olbrzymia popularność pisarstwa Jodi Picoult, która robi wszystko, żeby poruszać. Dla mnie było tego za dużo naraz, miało dotykać czułych strun, ale do końca nie dotknęło. Może jestem  z innej gliny niż autorka, a może nie trzeba mnie tak bardzo dobitnie przekonywać, że patchworkowe rodziny w konstelacji córeczka plus dwie mamusie plus tatuś i jego partnerka też mogą działać. Bo tak właściwie można podsumować główną tezę autorki i chwała jej za to, że nie boi się o tym pisać.

---

* Po napisaniu tego tekstu, i przyjrzeniu się bibliografii Joyce Carol Oates, uświadomiłam sobie, że jednak wieki temu czytałam jeszcze Muzeum doktora Mosera, i pierwsze trzy książki z The Gothic Saga, ale to zupełnie inna bajka. Tak gwoli ścisłości.  

Komentarze (10)

Dodaj komentarz
  • joly_fh

    No tak, z reguły powieści Jodi Picoult wywołują achy i ochy. Ja się również zachwycałam, ale ostatnio już jakby mniej, bo dostrzegam pewien schemat w jej powieściach: wielkie dylematy moralne przedstawione w maksymalnie łopatologiczny sposób. Ale od czasu do czasu mam ochotę na taką właśnie książkę.
    Nawiasem mówiąc cieszę się, że Wasz blog dostał ebukę :)

  • Gość: [M.] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Ja jestem (prawie) świeżo po lekturze "Blondynki" pani Oates, która jest jedną z lepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. Ta autorka jakby nie tylko sięga głębiej, widzi więcej, czuje mocniej, ale również na nas w to wszystko wplątuje. Picoult zabrała mi kiedyś noc, za sprawą "Bez mojej zgody", które również bardzo cenię, jednak porównywanie tych pisarek (a raczej "Blondynki" do kilku książek pani Picoult, które miałam okazję czytać) dla mnie nie ma prawa nawet istnieć. Nie ten wymiar świetlny, pani Picoult może jedynie starać się wspiąć się troszkę wyżej.

  • urshana

    Mam spory sentyment do "W średnim wieku" Oates, na tyle mnie ta powieść zaintrygowała, że autorka trafiła na listę autorów koniecznie do ponownego spotkania. A zakupiłam ją z racji serii PIW-u w jakiej się ukazała, bo czytany wcześniej Mahfuz i Lins bardzo mi się podobali.Przymierzam się do "Blondynki" właśnie, bo zapowiada się świetnie. Picoult jakoś do tej pory nie czytałam, bo nie jestem wielbicielką kobiecej literatury, a twoja opinia mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że nie ma się co spieszyć Mam na czytniku jej jedną powieść, zapewne kiedyś po nią sięgnę, ale to za kilka lat:)

  • grendella

    @ joly_fh - Bardzo się cieszymy, że się z nami cieszysz :). Co do Jodi Picoult, potwierdzasz to, czego się spodziewam, czyli dużo, dużo schematów. Nie dziwi mnie popularność jej książek, ale ja będę musiała mieć bardzo specyficzny nastrój, żeby po nie sięgnąć.

    @ M - po "Blondynkę", nominowana zresztą do Pulitzera, zamierzam sięgnąć, wiele dobrego o niej słyszałam. Co do porównania, to zaistniało tutaj głównie dlatego, że obie te książki czytałam w bardzo małym odstępstwie czasowym. Z tymże, masz rację, to właściwie inna liga :)

    @ Urshana - Twoje gusta czytelnicze troszkę poznałam i spodziewałabym się, że z Oates będzie Ci o wiele bardziej po drodze niż z Picoult ;) Tak, tak, "Blondynka" to must-read - u mnie też.

  • lirael

    Czytałam książki obydwu pań i też uważam, że - przy całym szacunku dla Picoult za umiejętność opowiadania zajmujących historii - Oates pisze bardziej wartościowe książki. Mam nadzieję, że w końcu dostanie tego Nobla. )

  • grendella

    @ lirael - Panie piszą w innej lidze po prostu, a za Oates będę trzymać kciuki, ochoczo nadrabiając zaległości w czytaniu jej powieści.

  • Gość: [m] *.dynamic.chello.pl

    Z obu pań przeczytałam tylko Jodi Picoult Bez mojej zgody i choć książkę oceniam jako schematyczną i prostą, to jednak nigdy nie zapomnę ataku płaczu, który nastąpił w kulminacyjnym momencie książki - zapewne ze względu na motyw siły miłości sióstr, który jest mi bardzo bliski. Natomiast autorka mnie nie przekonała, nie przypuszczam, żebym ponownie sięgnęła po inną książkę Jodi Picoult - generalnie jest to ten rodzaj "amerykańskiego" pisania, który mnie męczy. Na marginesie, obejrzałam też ekranizację (absolutnie nie polecam), która utwierdziła mnie w przekonaniu (choć kreacje obu dziewczynek mi się podobały), że ważna historia to nie wszystko. A po Oates sięgnę, bo ostatnio brakuje mi dobrej narracji dobrych pisarek.

  • Gość: [Justyna] *.cdma.centertel.pl

    Nie ma wątpliwości, że P wpadła w schemat i jest raczej wzruszająca, poruszająca, ale lekka, a O to jest po prostu dobra, mocna, dojrzała literatura.

  • Gość: [evasylvia] *.bialystok.vectranet.pl

    Nie wiem, czy porównywanie obu autorek ma sens - zupełnie inna liga, ale... Do Picoult mam dużą słabość - moja lektura samolotowo-wakacyjna. To prawda, że nagromadzenie wątków może być przytłaczające i często nic z nich nie wynika, ale skłamałabym pisząc, że jej książki mnie nie poruszają."Nineteen minutes" czy "Salem Falls" czytałam z naprawdę dużą przyjemnością. Muszę zaznaczyć, że żadnej powieści Picoult nie znam w polskim tłumaczeniu, a to też wpływa na odbiór.
    Joyce Carol Oates pasjami uwielbiam, za trudną, dającą do myślenia literaturę. "Middle Age" to chyba nie moja ulubiona powieść, kocham "We were the Mulvaneys", chociaż rozpad szczęśliwej rodziny na skutek jednego zdarzenia... Prowincjonalna Ameryka, mała społeczność, pozorna idylla, wzorowa rodzina - wszystko się zmienia, kiedy młoda panna Mulvaney nie daje się przekonać, że date rape to właściwie nic takiego. "Moja siostra, moja miłość", "Córka grabarza", mogłabym długo wymieniać, ale Oates też ma swoje słabsze momenty.
    Przychodzi mi do głowy jeszcze jedna refleksja - Picoult to babska literatura, sprzedająca tanie życiowe mądrości, a Whraton czy później Coehlo mogą być okrzyknięci literackimi i nie tylko geniuszami. Żaden nie umywa się do Picoult. Podobnie z Oates - tak, jej książki są nagradzane i doceniane, tak wykłada literaturę, tak wnikliwie analizuje i dotyka najczulszych miejsc, najważniejszych problemów, ale to autor dwóch powieści Jonathan Franzen wzbudza powszechny zachwyt - lubię obie powieści - ale nie odkrył nic, o czym Oates nie pisała wcześniej. Nie mniej jednak Franzena polecam, zwłaszcza "Corrections"

  • grendella

    @ Justyna - mądrze, krótko i na temat prawisz!

    @ evasylwia - no inna liga, inna, ale trzymając się nomenklatury piłki nożnej (wiem, że słabo ogarniasz) to możemy założyć, że panie spotkały się w rozgrywkach nie tyle ligowych, co pucharowych ;) Nie dziwię się, że dobrze Ci się czyta w samolocie, ja ją też w wojażach połknęłam, w autokarze na trasie do stolicy. Z tą powieścią miałam trochę tak, że zamiast mnie poruszać, to mnie bawiła. OK, trochę mnie ruszyło na początku in-vitro, ale potem cała reszta sądowo-kościołowa-gejowska już nie... Po Oates się do Ciebie zgłoszę, bo chyba trochę jej masz - "Córka grabarza" to must-read, z tego co o niej słyszałam czytałam.

    A co do refleksji, masz na myśli, że i tak panowie są bardziej doceniani i promowani, bo ich książki i tak wrzuca się częściej do worka "literatura" (bez względu na wartość literacką) podczas gdy powieści Picoult i Oates wrzuca się do worka "literatura kobieca"? I że "literatura kobieca" to taka trochę pobłażliwa etykietka, sugerująca, że trochę jej jednak do "literatury" brakuje? Coś w tym trochę może być... Dzisiaj podczas luźnej rozmowy, usłyszałam od studentki peany na cześć Coelho, bo on taki "psychologiczny", ale o Picoult nie słyszała, no to jej pożyczyłam, bo akurat miałam w torbie - ciekawa jestem co powie. A co do "literatury kobiecej" to chodzi mi parę rzeczy po głowie i może w końcu uda mi się je ubrać w jakiś wpis ;)

© Książki mojej siostry
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci